Archiwum dla marzec, 2008

Children of the Night

Posted in suchopisanie on 22 marzec, 2008 by SUCHY

Podążał spiesznie do jedynego w miarę bezpiecznego miejsca w tej obskurnej okolicy – gospody. Jej właściciel pilnował porządku, nie chciał żadnych rozrób w swoim przybytku. Oto i ona! Otworzył drzwi i zanurzył się w powietrze gęste od duszącego fajkowego dymu.
- Kopę lat, Aru! Dawnom cię tu nie widział! – odezwał się do niego stojący za ladą postawny mężczyzna.
- Witaj, Erranie. Dobrze, że mnie nie zapomniałeś, bo zamierzam się dzisiaj zabawić. – roześmiał się i ruszył w stronę baru. – Na początek nalej mi kielich wina.
- Się robi!
Pierwszy kielich szybko został wysuszony. Tak samo drugi i trzeci. Humor zdecydowanie się poprawił. Aru, który zawsze podchodził do życia beztrosko, a zabawa była dla niego najwyższą koniecznością i tym razem nie marnował czasu. Nowi znajomi, tak łatwo zdobywani dzięki stawianym jedna po drugiej kolejkom trunku, zapewniali dobrą rozrywkę. A w szczególności ZNAJOME. Tak, Aru miał słabość do pięknych kobiet. A i on nie był im obojętny. Niezależnie od rasy, Aru wzbudzał zainteresowanie we wszystkich przedstawicielkach płci przeciwnej.
Tak było i dzisiejszej nocy. Od początku zauważył, że przygląda mu się siedząca samotnie kobieta. W istocie była śliczna. Długie, kasztanowe, falowane włosy opadały jej na ramiona. Patrzyła na niego zalotnie piwnymi oczami, przysłoniętymi długimi rzęsami. Kilka razy wydawało mu się, że przywołuje go do swojego stolika skinieniem dłoni. Kiedy roześmiane towarzystwo powoli zaczęło rozchodzić się do domów, Aru podszedł do niej.
- Witaj, piękna nieznajoma. – powiedział, bełkocząc po wypitym winie. Zdecydowanie nie był trzeźwy.
- Witaj, przystojny młodzieńcze. – uśmiechnęła się, odsłaniając idealnie białe zęby.
- Czy masz… może…
- Chodźmy. – przerwała mu, posyłając kolejny zalotny uśmiech.
Zaprowadziła go na górę, do małego pokoiku. Jego jedynym wyposażeniem była szafa, stolik, dwa krzesła i łóżko, na które kobieta go pchnęła. Zaczęła się rozbierać. Aru leżał oniemiały, podziwiając piękno jej ciała. Była idealna! Położyła się na nim i zdjęła mu koszulę, odrzucając ją na podłogę. Pochyliła się jak do pocałunku, masując jednocześnie jego plecy. Nagle poczuł, że jej paznokcie ryją mu ciało. Zobaczył nad sobą jej twarz wykrzywioną w grymasie. I ogromne kły, zamiast normalnych zębów. Zrozumiał w jednej chwili.
- W końcu! – zasyczała i wbiła się w jego szyję.
Zapadł w ciemność.
Obudził się rano, kiedy promienie słońca przebiły się przez brud szyby. Bolała go głowa i chciało mu się pić. Przede wszystkim jednak poczuł ogromny głód. Przypomniał sobie o tym, co stało się w nocy. O tym, co może oznaczać to, że jeszcze żyje. Odtrącił od siebie tę myśl i opuścił w pośpiechu gospodę. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Próbował ignorować ten dziwny głód, ale stawało się to coraz trudniejsze.

Nagle usłyszał kobiecy krzyk dochodzący z ciemnego zaułka. Szybko pobiegł w tamtym kierunku. Zobaczył dziewczynę otoczoną przez trzech śmiejących się zbirów z pałkami okutymi metalem w rękach. Wyciągnął swoje miecze i ruszył bezszelestnie do ataku. Pierwszy bandzior nawet nie poczuł, kiedy zginął. Drugi odwrócił się i próbował bronić. Aru ciął go w twarz. Kiedy zapach krwi dotarł do jego nozdrzy, wpadł w szał. Odrzucił miecze i ruszył na trzeciego, całkowicie osłupiałego rzezimieszka z gołymi rękoma. Złapał go w za ramiona, uniósł do góry i wgryzł się w jego szyję, obnażając długie kły. Nie zwracał uwagi na krzyki ofiary. Nie zwracał uwagi na nic. Myślał tylko o tym, żeby pić.
Oprzytomniał. Zobaczył bladego mężczyznę w swoich ramionach. Oblizał wargi i poczuł na nich krew. Rozejrzał się z przestrachem dookoła i zobaczył przerażoną kobietę, wciśniętą w kąt zaułka. Przyglądał się jej przez chwilę, po czym uciekł bez słowa. Jak najdalej. Jak najszybciej. Wiedział już, czemu żył. Czytał o nich sporo. Kobieta w gospodzie dała mu się napić swojej krwi. Nie zabiła go. Zrobiła z nim coś znacznie gorszego. Uczyniła go jednym z nich.
Jednym z Dzieci Nocy.

—————————————

Napisane dla kolegi, na potrzeby pewnej internetowej gry RPG. Jestem raczej średnio z tego zadowolony… Musiałem sie ograniczać, żeby nie było za długie i tak to wyszło. Pewnie byłoby ze dwa razy dłuższe, gdybym pisał po prostu dla siebie ;)
Ale cóż… Taki mały przerywnik. Pisało się całkiem przyjemnie. Możliwe, że niedługo pojawi się jeszcze jeden podobny tekst ;)

EDIT:
Ach… A przy okazji chciałem złożyć wszystkim odwiedzającym Pustynię najlepsze życzenia wielkanocne :) Niech święta miną Wam w radości i spokoju! Mokrego jajka i smacznego dyngusa! ;)

Don’t look to the eyes of the Stranger.

Posted in Ona, suchopisanie on 16 marzec, 2008 by SUCHY

Stała nad zimnym marmurem i wpatrywała się w leżący na nim kwiat. Krwiście czerwoną różę, w mistyczny niemal sposób kontrastującą z bielą nagrobka. Myślała. Ostatnio zauważyła, że pewne tematy najlepiej roztrząsa się Jej właśnie w tym miejscu, będąc tak blisko niego.
Myślała o Bogu. Czy istnieje? Kiedyś nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Jej wiara była głęboka i niezachwiana. Nawet kiedy on zachorował mówiła sobie, że tak musiało być. Że taki był Plan. Modliła się jeszcze żarliwiej, prosząc Go o pomoc i wsparcie.

Wtedy on zmarł. Cały Jej świat runął. System wartości legł w gruzach. Przyszłość pociemniała i okryła się mgłą. Wiara pozostała, będąc Jej oparciem i podporą, dzięki której udało Jej się przetrwać najgorsze momenty. Pojawiły się jednak pytania, kórych do tej pory nie zadawała. Dlaczego? Czy na pewno? A co jeśli? Pytania te pozostawały wciąż bez odpowiedzi. Zrozumiała, że kiedy pojawiają się wątpliwości, wiara powoli traci swoje znaczenie. Przestaje być czymś, co prowadzi człowieka przez życie. Staje się jedynie marnym dodatkiem, z którego łatwo zrezygnować.

- Boże… – szepnęła z wzrokiem wbitym w litery tworzące jego imię na nagrobku.
- Głupia. Czy nie wiesz, że Bóg dawno już umarł?
Poderwała gwałtownie głowę. Zobaczyła przed sobą Jego. Wysoki, długie włosy spięte w kucyk, czarna, skórzana kurtka. Ręce wbite w kieszenie ciemnych spodni. Uśmieszek igrający na wargach. Tak doskonale obojętny, a jednocześnie tak pełen ironii. Oczy… Zwierciadła naszej duszy… Czy jednak i Jego? Jego oczy były jak dwa głębokie jeziora, w których nie można dostrzec dna. Były zimne i wyzute z wszelkich emocji. Niczym oczy trupa. Patrząc w nie, miało się wrażenie, że można się w nich zanurzyć, aby już nigdy nie wypłynąć.
- K-Kim jesteś? – spytała, unikając jego wzroku.
- A czy to ważne? – wzruszył ramionami, nie wyjmując dłoni z kieszeni spodni. – Czy naprawdę to chciałaś wiedzieć?
- Nie, chyba nie… – odpowiedziała szeptem.
- Też tak myślę. Poza tym, ty wiesz kim jestem. Zawsze byłem blisko ciebie i wiedziałaś, że w końcu dojdzie do tego spotkania. Uznałem, że to jest odpowiedni moment.
- A-ale czemu? Czego ode mnie oczekujesz? Po co przyszedłeś?
- Dziewczyno, takich jak ja niektórzy nazywają Niszczycielami, Wzgardzicielami Dobra i Zła. Przychodzimy do tych, kórzy gotowi są na przyjęcie Wiedzy. Do Wybranych, kórzy w końcu dołączą do naszego grona.
- Ja-jakiej wiedzy?
- Wiedzy o Bogu. Bogu, który stworzył świat. Który stworzył człowieka na swoje podobieństwo i który oddał swojego Syna, żeby zbawić tego człowieka. Ten Bóg nie żyje.
- C-co…?!
- Tak mówi Słowo. Bóg zmarł. Wraz z Jego śmiercią odszedł również Szatan. Upadło Niebo i Piekło. Człowiek utracił swą nieśmiertelność.
- A-a-ale… O-on…
- Bóg przewidział swoją śmierć. Powołał wtedy pierwszych Niszczycieli, których wysłał na Ziemię, aby głosili Słowo. I szukali Wybranych, którzy będą mogli ich zastąpić. Mamy również inne zadanie. Wskazujemy ludziom nową drogą do nieśmiertelności, której tajemnicę przekazał nam Bóg.
- Co to za droga…?
- Odrzucenie wiary. Odrzucenie samego siebie. Ci, którzy zrozumieją, że Bóg odszedł będą musieli na nowo się zdefiniować. Zacząć swoje życie od zera jako nowa istota. Człowiek jest jedynie pomostem, jak głosi Słowo. Pomostem wiodącym do Nadczłowieka. Nadludźmi są wszyscy Niszczyciele. O krok od Nadczłowieka są Wybrani, w tym także i ty.
- J-ja…? Ale… Ale jak to możliwe…?
Obcy ponownie wzruszył ramionami.
- Tak zostało powiedziane. Nie możesz tego w żaden sposób zmienić. Nadczłowiek jest istotą doskonałą, jaką i ty się staniesz, kiedy za mną podążysz. Nie masz wyboru. Musisz iść za mną, a w końcu zrozumiesz. Pojmiesz Słowo i sama będziesz je głosić. Staniesz się nieśmiertelna.

Miała chaos w głowie. Chciała uciec gdzieś, gdzie nikt nie mógłby Jej znaleźć. Gdzie panowałaby niczym niezmącona cisza. Wiedziała jednak, że jest to niemożliwe. Musiała dokonać wyboru. Nie. Właściwie z Jego słów wynikało, że nie miała wyboru. Musiała przyjąć to, co Jej powiedział. Odrzucić to, w co do tej pory wierzyła i zacząć nowe życie jako Nadczłowiek. Ale…
- Chodź ze mną, a odnajdziesz siebie. – powiedział cicho, niemal delikatnie. Odwrócił się i ruszył powoli między grobami.
Spojrzała jeszcze raz na czerwoną różę, kontrastującą z bielą nagrobka. Żadnych więcej pytań. Wiara pełna wątpliwości i tak nie ma sensu.
Westchnęła i poszła za Nim. Szukać Siebie.

—————————————

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Ten tekst nie jest w żadnym stopniu ukazaniem mojej wiary. Ba, ja nawet nie zgadzam się z takim wizerunkiem Boga, jaki tu przedstawiłem. Po co więc to napisałem? Bo uznałem, że jest to ciekawy pomysł na takie mini-opowiadanie. I jako na całkowicie fikcyjne opowiadanie proszę na to patrzeć…
A sam tekst. Cóż, mocno inspirowany Nietzschem, chociaż on sam pewnie by się w grobie przewracał, gdyby wiedział, w jaki sposób wykorzystałem motywy z “Tako rzecze Zaratustra” ;) Poza tym znowu Ona. Tym razem jednak w innej konwencji niż dotychczas. Jedno się nie zmieniło – i tutaj jest o Niej coś nowego. Czas pokaże, jak będzie wyglądał następny tekst z Nią w roli głównej.
I na koniec powtarzam raz jeszcze. To opowiadanko NIE JEST manifestacją mojej wiary…

Missing one inside of me

Posted in Ona, suchopisanie on 6 marzec, 2008 by SUCHY

Stała pośród lasu marmurowych pomników. Niewiele znaczący fragment układanki zwanej Życiem, niemogący zakłócić wiecznego spokoju tego miejsca. Mały trybik w nieustannie obracającym się mechanizmie Wielkiego Planu.
Wyglądała inaczej. Zmieniła się znacznie od czasów odwiedzin w szpitalu. Postarzała się? A może dojrzała? Nie miała już długich, siegających ramion blond włosów. Zastąpiły je krótkie, kruczoczarne, sterczące na wszystkie strony kosmyki. Który kolor był prawdziwy, niefarbowany? A może żaden?
Nie zaczęła się malować, chwała bogom. Wciąż wyglądała cudownie naturalnie ze swoimi pełnymi, malinowymi ustami i dużymi, błekitnymi oczami ukrytymi za zasłoną długich rzęs.

Oczy… Zwierciadła naszej duszy… Gdyby zajrzeć w Jej oczy można by w nich znaleźć całą gamę różnych emocji. Były to jednak uczucia całkowicie odmienne od tych, które można było zobaczyć kiedy spoglądała dawniej na niego. Tym razem wprawny obserwator dostrzegłby pewność siebie, zawziętość, nieustępliwość. A także, dobrze zakamuflowaną i ukrytą, samotność…
Poruszyła się. Zimny wiatr nadawał jej policzkom czerwonego koloru, rozwiewał poły czarnego skórzanego płaszcza sięgającego kostek, tak niepodobnego do Niej z przeszłości. Rozejrzała się dookoła, ogarniając wzrokiem krzyże, wyrastające gęsto z zamarzniętej ziemi. Metalowe, marmurowe, drewniane. Proste, zwyczajne, ale i te bogato zdobione. Westchnęła. Nie lubiła cmentarzy. Ponadczasowe centra nieogarnionego smutku i rozpaczy. Miejsca zgubnego kultu śmierci.

Spojrzała w dół. Na jedyny grób, jaki ją interesował. Jedyny, jaki kiedykolwiek odwiedzała. Jego grób. Zmarł ponad rok temu. Śmierć nie zabrała go jednak tamtego maja, jak przypuszczał, że się stanie. Dzięki Niej przeżył jeszcze pięć miesięcy. Jej upór sprawił, że był to czas niezwykle szczęśliwy. Chociaż była na nią przygotowana, jego śmierć okazała się dla Niej wielkim wstrząsem. Wpłynęła na Nią tak samo mocno, jak Ona wpływała na jego życie przez te kilka ostatnich miesięcy. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy zmieniła się na lepsze, czy na gorsze. Z pewnością była teraz kimś innym. Powaga wyparła beztroskę, upór zastąpił swoistą lekkomyślność. Nie śmiała się już tak często jak dawniej. Nie cieszyła się z błahych powodów. Częściej wpadała w zadumę, a każdy swój krok dokładnie analizowała.

A wreszcie – była sama. Nie czuła się opuszczona. Wciąż otaczali Ją przyjaciele, którzy wspierali Ją w najtrudniejszych chwilach. Ale jednak była samotna. Czuła się odizolowana. Miała wrażenie, że stoi gdzieś z boku i tylko przygląda się nieustannej krzątaninie Życia. Tłumaczyła się sama przed sobą, że czeka. Na co? Tego nie potrafiła powiedzieć. Wiedziała jednak, że musi czekać, nawet jeśli miałoby to trwać wiecznie. Miała jednocześnie świadomość, że to co robi nie prowadzi do niczego. Chciała to zmienić, ale… Ale nie potrafiła. Przywykła do takiego życia.
Może kiedyś… Spuściła głowę i spojrzała na samotną czerwoną różę leżącą na jego grobie.

—————————————

Napisane pod wpływem chwili. Zdenerwowałem się lekko i podarłem to, co pisałem wcześniej. Zacząłem od nowa i powstało to.
Ona ponownie na Pustyni. I z pewnością pojawi się znowu. Może nawet już niedługo.
Kim jest Ona? Dobre pytanie. Sam zaczynam się nad tym zastanawiać…
By the way. Motto na mijający tydzień: “Cierpienie uszlachetnia.”

Koniec smęcenia na dzisiaj… Wierszyk na do widzenia.
Stoi smutna łania przy jelenia grobie.
Nie chcę was wyganiać, ale idźcie sobie ;)