Am I dead or still alive?

(Na początek mała dygresja kompletnie niezwiązana z dzisiejszym tematem. Internet to zdradliwa i wredna bestia. Dzisiaj dopiero o pierwszej w nocy udało mi się z niego skorzystać. I to akurat wtedy musiał zastrajkować, kiedy chciałem z Kimś porozmawiać na gg… Złośliwość rzeczy martwych. Cóż, przynajmniej dokończyłem ten wpis…)

Pierwszy tematyczny wpis na Pustyni będzie niezwykle optymistyczny, żeby nie zniechęcić was do dalszego jej odwiedzania. Ba! Mam nadzieję, że będziecie tu jednak od czasu do czasu zaglądać. A o czym dzisiaj przeczytacie? Otóż o… śmierci ;) Szeroko pojętej i ogólnie rozumianej. Postrzeganej z różnych punktów widzenia. Skąd w ogóle na to pomysł? Kilka dni temu na blogu koleżanki (pozdrawiam Cię, Julia!) przeczytałem wpis mówiący o tym, jak znalazła ona stare dokumenty (listy, pamiętniki, etc.) spisane przez swoich dziadków i rodziców. Szczególnie zainteresował mnie ostatni akapit tego tekstu. Autorka zadaje w nim pytanie, czy po niej zostanie jakiś materialny ślad i czy ją ktoś będzie kiedyś wspominał.
Muszę przyznać, że od razu powziąłem postanowienie, że rozwinę ten temat. Następnego dnia wpadłem na pomysł Pustyni i już wiedziałem o czym będzie pierwszy mój wpis na niej. A więc, zaczynajmy!

Czym jest w ogóle śmierć? Zajrzyjmy do wikipedii.
“Śmierć (łac. mors, exitus letalis) – stan charakteryzujący się ustaniem oznak życia, spowodowany nieodwracalnym zachwianiem równowagi funkcjonalnej i załamania wewnętrznej organizacji ustroju.”
I to właściwie tłumaczy nam wszystko. Zresztą, śmierć z fizjologicznego punktu widzenia nie jest niczym ciekawym. Serce staje, krew nie dostarcza tlenu, mózg obumiera, ustają wszelkie procesy życiowe. Koniec. Śmiertelne ciało zostaje złożone w grobie/spalone/czy_co_tam_nakazuje_religia i człowiek przestaje istnieć dla tego świata.
Ale co dzieje się później? Czy to naprawdę definitywny koniec naszej marnej egzystencji? Czy tylko po to przetrwaliśmy życie, żeby po prostu zniknąć? O, ten aspekt jest już znacznie ciekawszy.
Otóż większość współczesnych religii zakłada życie po śmierci. Właściwie to nie tylko współczesnych. Można śmiało stwierdzić, że prawie wszystkie religie, jakie rozwijały się i upadały w okresie dziejów miały w swoich założeniach życie pozagrobowe.
Ale skupmy się na tym, co jest dzisiaj. Przyjrzyjmy się pięciu największym religiom świata, czyli hinduizmowi, islamowi, judaizmowi, buddyzmowi i oczywiście chrześcijaństwu.

Zacznijmy od chrześcijaństwa, największej obecnie religii świata, zrzeszającej ponad 30% jego populacji. Według nauk chrześcijańskich człowiek składa się ze śmiertelnego ciała i nieśmiertelnej duszy. W momencie śmierci dusza odłącza się od ciała. I tutaj możliwe są dwie drogi – zbawienie lub potępienie. Zależy to od tego, w jaki sposób delikwent sprawował się za życia. Jeśli łajdaczył się, nie przestrzegał nauk, itd. – jego duszyczka wędruje do piekła, aby smażyć się przez wieki w diabelskich ogniach. Jeśli jednak żył godnie, przestrzegając głównie Dziesięciu Przykazań, a przede wszystkim wierzył w Boga i Jezusa – idzie do Nieba, gdzie może być pewien nagrody za swoje dobre uczynki. Taki komfort ludzie mają jednak dopiero od dnia śmierci Chrystusa, Syna Bożego, który oddał swoje życie dla naszego zbawienia. Ach… Jest jeszcze czyściec, czyli taka poczekalnia dla dusz, które nie są do końca pewne. Tak to wygląda w telegraficznym skrócie.

Islam – druga pod względem liczebności religia. I ponownie monoteistyczna. Muszę przyznać, że podejście muzułmanów do śmierci wydaje mi się ciekawe. Nie, nie wierzę w nie! Ale podoba mi się ich spojrzenie na ten temat. Otóż muzułmanie wierzą, że po śmierci dusza człowieka napotyka dwóch aniołów – Munkara i Nakira. Zadają oni zmarłemu cztery pytania. Pytają o Boga oraz proroka, w jakich wierzy zmarły; o religię, jaką wyznaje oraz o kierunek jego modłów. Od odpowiedzi na te pytania zależy dalszy los duszy. Jeśli odpowiedzi brzmią kolejno: Allah, Mahomet, islam i Mekka, zmarły zostaje pocieszony i dusza powraca na ziemię z obietnicą życia wiecznego, oczekując na Dzień Sądu. Jeśli jednak odpowiedzi są inne, dusza musi doświadczyć udręk, które są zapowiedzią i przedsmakiem piekła. Ale teraz moja ulubiona część. Otóż męczennicy, którzy oddali swoje życie za wiarę, trafiają PROSTO do raju. A za męczenników są uważane w islamie między innymi, uwaga, ofiary dżihadu, czyli świętej wojny w obronie wiary. A jak to jest z dżihadem zwłaszcza ostatnimi czasy wszyscy wiemy, prawda? Właśnie…

Trzecia z wielkich religii, czyli hinduizm. W końcu religia politeistyczna. Ha! Hinduiści to dopiero mają interesującą koncepcję życia po śmierci! Słyszeliście o reinkarnacji? Na pewno. Więc właśnie. Hinduizm opiera się na wierze w reinkarnację. Według tego poglądu dusza człowieka musi przejść kilka stadiów, postaci. Od przedmiotu, przez roślinę, zwierzę, człowieka i parę jeszcze wyższych aż do całkowitego i stałego zjednoczenia z Brahmanem, czyli Bogiem.
Hmm, trochę niejasne? To fakt… Może coś więcej o tym. Za życia człowiek zbiera lub traci jakby punkty, które warunkują postać, w jaką wcieli się dusza po śmierci. Punkty dodatnie człowiek gromadzi za życie według dharmy, czyli zbioru zasad etycznych. Punkty ujemne – za złe uczynki. Od ilości tych “punktów” zależy, czy dusza odrodzi się w wyższej, czy w niższej postaci. Taka wędrówka dusz zwana jest sansarą. Kończy się ona w momencie uzyskania przez duszę najwyższego stadium. Są trzy drogi do osiągnięcia oświecenia (najwyższego stadium) i zjednoczenia się z Brahmanem. Bhakti joga, czyli droga miłości, Dźnana joga, czyli droga mądrości i Karma joga, czyli droga bezinteresownego działania.

Czwarta religia, czyli buddyzm. Cóż, tu jest ciut podobnie, jak w hinduizmie. Również mamy reinkarnację. Jednak właściwie na tym podobieństwa się kończą. Buddyści wierzą, że w człowieku nie ma nic trwałego – ani ciała, ani duszy. Nic co mogłoby przejść do następnego życia. W jaki sposób następuje więc reinkarnacja? Dzięki karmie. A co to takiego ta karma? Hmm… Karma jest to skutek, jaki wynikł z działania podjętego przez człowieka za życia. Skutek, który ma wpływ również i na tego człowieka. Niezbyt jasne, fakt, ale chyba inaczej nie można wytłumaczyć. Tak więc w buddyzmie to karma wpływa na wygląd kolejnego życia. Jest ono kompletnie różne od poprzedniego, jednak w pewien sposób zostaje ukierunkowane przez karmę, energię z poprzedzającego je życia. Przyczyny ciągłego odradzania się znikają w momencie “zrozumienia” lub innymi słowy oświecenia, jak w hinduizmie. I wtedy cykl kończy się. Taki jest cel każdego buddysty – wyrwanie się z ciągle powtarzającego się kręgu wcieleń.

I wreszcie ostatnia religia, czy judaizm. Tutaj jest z kolei podobnie jak w chrześcijaństwie. Po śmierci dusza wędruje do nieba lub piekła. Podstawą zbawienia nie jest tu jednak sama wiara w Boga, a wypełnianie Jego przykazań. Każda dusza czeka oczywiście na Sąd Ostateczny, kiedy Bóg rozsądzi ludzi z ich uczynków.

I to tyle. Jak widzimy w każdej z tych pięciu religii pojawia się idea życia po śmierci. Dlaczego? Mam na ten temat swój pogląd. Czy gdyby nie było obietnicy ciągłości naszej egzystencji w ten czy inny sposób, religie znajdowałyby tak wielu wyznawców? Nie sądzę. Człowiek mimo wszystko chce wierzyć, że śmierć nie będzie ostatecznym końcem. Że po niej będzie coś nowego. Że wtedy juz przez wieki będzie cieszyć się i radować w raju. Taak… Takie wizje bardzo przyciągają ludzi. Dają im nadzieję i otuchę. Poza tym musi być przeciwwaga dla wymagań (10 Przykazań, dharma, etc.) stawianych przez religie. Tą przeciwwagą i zapłatą za ich spełnianie jest właśnie obietnica życia wiecznego.

A co ja o tym sądzę? Jak było powiedziane we wprowadzeniu do tego bloga (W tym momencie przez twarz Autora przebiegł grymas obrzydzenia. Postanowił jednak, że dla wygody będzie na razie swój twór nazywał “blogiem”…) jestem ateistą. Nie wierzę w Boga, Brahmana, Buddę, Allaha, ani żadnego innego. Nie wierzę również, co za tym idzie, w życie pozagrobowe. Według mnie życie zaczyna się w momencie urodzin, a kończy w chwili śmierci. Nie ma nic poza tym. Dlatego sądzę, że musimy w odpowiedni sposób wykorzystać czas, jaki jest nam dany na Ziemi. Nie możemy go zmarnować. Powinniśmy żyć w taki sposób, abyśmy zostali zapamiętani jako ludzie godni, honorowi i dobrzy. I na tym powinna opierać się nasza egzystencja. Nie na tym, żeby zaspokoić żądania jakiegoś boga, czy często dość dziwne wymagania religii. Nie. One powinny zostać zepchnięte na dalszy plan. Przede wszystkim mamy myśleć o tym, żeby żyć… hmm… “odpowiednio”. Czyli jak? Na to pytanie musi już odpowiedzieć sobie każdy z nas osobno. Normalny człowiek nie powinien mieć z tym większego problemu…
Tak więc zastanówmy się nad tym jak żyjemy. Spróbujmy zadać sobie to pytanie i poszukać na nie właściwej odpowiedzi. Może to nas zmieni? Zmieni na lepsze…

Na dzisiaj chyba wystarczy. Mam nadzieję, że nie zanudziłem was bardzo. Jako, że jest to mój pierwszy (no, poza wprowadzeniem) wpis, proszę was bardzo o komentarze, co o nim sądzicie.

PS. Odkryłem, że najlepiej pisze mi się pomiędzy drugą a czwartą w nocy. Fascynujące :>
PS2. Wczoraj pół żartem, pół serio rzuciłem w czasie pewnej rozmowy na gg, że po dobrze zdanej maturze nauczę się grać na jakimś instrumencie. Dzisiaj sprawę przemyślałem i doszedłem do wniosku, że jest to bardzo dobry pomysł. Tak więc wszem wobec oświadczam, że jeśli pozytywnie zdam maturę, będę uczył się gry na gitarze! A jeśli tego nie zrobię, to niech mnie piekło pochłonie! Tfu… Ja nie wierzę w piekło… Niech więc będzie: Niech mnie piorun trzaśnie! Howgh, powiedziałem.

Odpowiedzi: 15 do “Am I dead or still alive?”

  1. SUCHY Powiedział/a:

    Ulala… Podziwiam tych, którzy przeczytają całość tych wypocin…

  2. gawi200 Powiedział/a:

    hehe .. wiedziałem że mnie podziwiasz .. ale teraz to nawet to usłyszałem od Ciebie:D, hmm całkiem ciekawe marudzenie o smierci i w pełni się z Tobą zgadzam ja Upadły:P

  3. No wiesz… Twój wniosek to po prostu czysta soteriologia :) Znana jest od lat w naukach religioznawczych, antropologicznych i filozoficznych ;)

  4. . Powiedział/a:

    Więcej tu subiektywnej, okrojonej analizy poszczególnych religii niż przemyśleń Autora. Cała ta wyliczanka jest niepotrzebna. A co poza nią? Nagromadzenie partykuły “nie”. Liczę w przyszłości na przewagę tekstu “od siebie” nad definicjami. I jakąś argumentację. Kto dotrwał do ostatnich akapitów, w końcu przeczytał to, co najważniejsze.

  5. SUCHY Powiedział/a:

    @Chim – Ano. Zdawałem sobie sprawę, że nie jestem pierwszym, który to zauważył ;)
    @Tajemnicza lubelska Kropka – Ba. Analiza miała być subiektywna z założenia. Nie jest to bynajmniej przypadek. Chciałem właśnie w taki skrócony sposób przedstawić poglądy tych pięciu religii na śmierć. Przyznam, może też trochę z nich zakpić… Cóż, niemniej dziękuję za komentarz. Wiem, na co w przyszłości powinienem zwrócić więcej uwagi.
    Mam nadzieję, że Kropka zechce się ujawnić. Jeśli nie tu, to “na stronie”.

  6. Jatoja Powiedział/a:

    Chciałbym ukazać drobne błędy w ujęciu religii, którą niby wszyscy dobrze znamy, ale tak na prawdę często mamy mylny jej obraz w głowie, mianowicie Chrześcijaństwo, ale właściwie mowa tu o głównie o Kościele Katolickim, bo różne wyznania różnie patrzą na kwestię zbawienia. Błąd który chcę wskazać jest to że według tego wyznania (w które wierzę) zbawienie nie zależy od naszego życia tylko od naszej wiary. Przykładem jest fragment Ewangelii o dwóch łotrach którzy zostali ukrzyżowani z Chrystusem. Jeden został zbawiony mimo swojego życia, które nie było zbyt dobre.

    Co do wniosków Autora stwierdzam jedno “Trudno nie wierzyć w nic…”

  7. SUCHY Powiedział/a:

    @Jatoja – Na początku, przepraszam, że komentarz ukazał się z opóźnieniem, ale program ochronny uznał go za spam… Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie.

    Tak, tutaj kajam się i przyznaję Ci rację. Przy dodawaniu tego wpisu za bardzo zasugerowałem się kilkoma ogólnikowymi artykułami o chrześcijaństwie, które przeczytałem. Później jednak doczytałem więcej i miałem nawet pisać sprostowanie, ale cóż… Ubiegłeś mnie ;)
    Szczerze mówiąc, to w tej chwili jestem jeszcze bardziej sceptycznie nastawiony do katolicyzmu (który, czy tego chcę, czy nie “oficjalnie” cały czas jest moją religią.). Okazuje się, że wcale nie trzeba być dobrym człowiekiem, aby dostać się do raju. Wystarczy sama wiara, co dla mnie jest nie w porządku z moralnego punktu widzenia…

    I znowu masz rację. Dlatego trzeba wierzyć w siebie i swoje siły. I na nich polegać.

  8. White Powiedział/a:

    @. “[liczę na] jakąś argumentację.”

    Ja też.

    @Jatoja “…zbawienie nie zależy od naszego życia tylko od naszej wiary.”

    Jeśli człowiek wierzący nieświadomie wyrządza zło ma prawo dostąpić raju. Natomiast ten, który świadomie żyje “źle” (bardzo szerokie pojęcie, ale rozumiesz o co mi chodzi) raczej nie ma prawa do zbawienia. Jest też sytuacja, która została przytoczona: łotr, który przez całe życie żył w grzechu – jeśli w chwili śmierci szczerze żałuje za swoje grzechy najprawdopodobniej dostąpi życia wiecznego w Niebie. To jest nadzieja dla każdego grzesznika – żal za grzechy. Dziwne, że uważasz to za błąd.

    @Suchy “Wystarczy sama wiara(…)”

    Czytaj wyżej.

    “Dlatego trzeba wierzyć w siebie i swoje siły. I na nich polegać.”

    Wiara w samego siebie na dłuższą metę nie da Ci nic oprócz egoizmu. W życiu bez Boga jest bardzo ciężko, z niektórymi problemami człowiek nie jest w stanie sam sobie poradzić. Znając Cię na pewno teraz będziesz się śmiał, ale mówię to z własnego doświadczenia.


    Na marginesie: nie jestem zbyt biegły w teologicznych kwestiach, ale gotowy podjąć dyskusję na temat wiary katolickiej, chrześcijańskiej. Jeśli tylko, Suchy, przygotujesz konkretne argumenty (nie w stylu ‘Boga nie ma bo nie istnieje’ jak rozmawialiśmy jakiś czas temu) – na łamach tego notatnika (to określenie mi się podoba) możemy podyskutować na ten temat. Nie traktuj tego jako ‘wyzwanie na pojedynek’.

  9. SUCHY Powiedział/a:

    Ech… W chwili, kiedy człowiek zda sobie sprawę, że jego śmierć jest bliska zawsze będzie szczerze żałował za wszystkie swoje grzechy, jakie popełnił za życia. ZAWSZE. I z tego co rozumiem taki szczerze żałujący grzesznik ma prawo dostąpić zbawienia? Jeśli tak, to to jest właśnie według mnie nie w porządku. Całe życie w grzechu, pod koniec chwila żalu i co…? I to tyle?

    Właśnie… Życie bez Boga jest trudne. Pewnie tak. W niektórych sytuacjach wręcz na pewno tak. I to jest według mnie jeden z powodów dla których ludzie wierzą w Boga. Chcą być pewni, że mają wsparcie gdzieś tam, “w górze”. Wsparcie, którego raczej za życia nie otrzymają… Jest to takie swoiste mamienie samego siebie. Może tu wcale nie chodzi o wiarę w Boga, ale o dodanie sobie otuchy tym, że jest tam ktoś, kto może mnie wysłuchać?

    Mhm… Możesz być pewien, że za jakiś czas pojawi się tu też wpis na temat mojego stosunku do ateizmu, Boga i moich wątpliwości :) Jest to jednak taki temat, o którym nie chciałbym pisać na chybcika… Dlatego najpierw muszę znaleźć troszkę czasu… Może któryś weekend?
    Notatnik… Hmm… Też mi się podoba :)

  10. White Powiedział/a:

    @Suchy “(…)kiedy człowiek zda sobie sprawę, że jego śmierć jest bliska zawsze będzie szczerze żałował(…)”

    Bzdura. Jeśli człowiek przez całe życie żył w grzechu to wcale nie znaczy, że gdy uświadomi sobie, że śmierć jest blisko – będzie szczerze żałował. Nie wiem, na jakiej podstawie wyciągnąłeś wnioski, że wszyscy (uogólniłeś) grzesznicy na łożu śmierci szczerze żałują (’szczerze’ to jest słowo klucz). Nie mogę tego powiedzieć na pewno, ale wydaje mi się, że dla człowieka, który całe życie żył grzesznie i ignorował istnienie Boga, prawie niemożliwe jest SZCZERE wyznanie grzechów i SZCZERA chęć nawrócenia. Prawie niemożliwe.

    “(…)taki szczerze żałujący grzesznik ma prawo dostąpić zbawienia?”

    LOL. Ty myślisz, że każdego (nawet nie mówię, że musi to byś grzesznik) stać na SZCZERY żal. Czytaj wyżej.

    “Całe życie w grzechu, pod koniec chwila żalu i co…? I to tyle?”

    Wiesz, co znaczy zwrot ’szczerze czegoś żałować’? To nie jest chwila żalu. Niektórym (nawet świętym) nawet taka chwila nie jest dana – np. ‘śmierć na miejscu’. Poza tym – czytaj wyżej.

    “Chcą być pewni, że mają wsparcie gdzieś tam, ‘w górze’. Wsparcie, którego raczej za życia nie otrzymają…”

    Gdybyś w końcu otworzył oczy to zobaczyłbyś, że Bóg naprawdę pomaga. Wystarczy o coś szczerze poprosić. Jeśli wierzysz szczerze w Jego pomoc i to czego pragniesz nie koliduje z Jego planami – ja gwarantuję Ci ’sukces’.

    “Jest to takie swoiste mamienie samego siebie.”

    Ech… Każdą wiarę można nazwać mamieniem samego siebie. I niekoniecznie w jakieś bóstwo czy Boga. Można wierzyć, że coś może się wydarzy – to nie jest mamienie samego siebie? Ale jeśli dostrzeżesz Boga w swoim życiu – będziesz wiedział, że to nie ‘omamy’. Wystarczy krótka chwila, by Go dostrzec. Tylko najpierw trzeba tego chcieć i uwierzyć. A z drugiej strony: każesz nazywać się ‘ateistą’. Z mojej perspektywy Ty mamisz się tym, że Bóg nie istnieje.

    “Może tu wcale nie chodzi o wiarę w Boga, ale o dodanie sobie otuchy tym, że jest tam ktoś, kto może mnie wysłuchać?”

    To, co napisałeś po części może być prawdą, jednak ja patrzę na to w ten sposób: wierzę w Boga, On dodaje mi otuchy.

    “Możesz być pewien, że za jakiś czas pojawi się tu też wpis na temat mojego stosunku do ateizmu, Boga i moich wątpliwości :)”

    To mnie akurat interesuje mniej niż przyczyna Twojego ateizmu. Swoją drogą, tak często powtarzasz wobec siebie określenie ‘ateista’, że wygląda to tak jakbyś na siłę chciał wszystkim pokazać i uświadomić, że taki jesteś. Coś jakbyś tworzył sobie nową tożsamość (tzw. Autor) i sam chciał się do niej dopasować. Ale rozminąłem się z tematem. Dlaczego przestałeś wierzyć? Bo to głównie kwestia wiary i zmiany Twojego nastawienia do większości rzeczy nas poróżniła (nawet jeśli tego nie widzisz).

    …i tak na koniec od siebie chciałem napisać tylko życzenie: mam nadzieję, że chcesz tylko uważać się za ateistę. To jest moja szczera nadzieja.

  11. SUCHY Powiedział/a:

    “Bzdura(…)”

    Według mnie nie. Dobrze, może nie wszyscy. Ale jestem pewien, że większość ludzi potrafiłaby właśnie szczerze żałować w takiej chwili. Wierzę jednak w tę odrobinę dobroci, która tkwi w każdym z nas i w odpowiednim momencie potrafi się ujawnić.

    “Wiesz, co znaczy(…)”

    A Jezus i łotr? :> Czy to nie była chwila żalu?

    “Gdybyś w końcu otworzył oczy(…)”

    Otwierałem, patrzyłem, prosiłem. Kiedyś. Skutek okazał się na dłuższą metę wręcz odwrotny. Jeśli tak ma wyglądać pomoc – ja podziękuję. Jeśli takie były jego plany – podziękuję tym bardziej.

    “Tylko najpierw trzeba(…)”

    Ha. Może tu jest mój problem? Ja nie chcę go dostrzec ani nie chcę w niego wierzyć. Czemu mam wierzyć w Boga? Jakie mam ku temu powody? Po prostu nie widzę takich…

    “To mnie akurat interesuje mniej niż przyczyna Twojego ateizmu.(…)”

    Przyczyna… Oczywiście, było ich kilka. Najważniejszą i bezpośrednią, która uświadomiła mnie, że dokonałem właściwego wyboru było to, że przestałem wierzyć w dobroć i sprawiedliwość Boga. A to stało się po moim przeżyciu z maja.
    Czy staram się to na siłę pokazać? Może faktycznie tak jest? Szczerze mówiąc nie chcę być uważany za wierzącego. Nie, nie dlatego, że uważam to za coś wstydliwego albo upokarzającego, ale po prostu nie chcę być brany za kogoś kim nie jestem.
    Nie zauważyłem, żeby moje podejście do innych rzeczy się zmieniło. Do spraw związanych z wiarą – tak, z pewnością. I to diametralnie. Ale w jaki sposób zmieniło się moje nastawienie do tych innych rzeczy? Ach… Ja swojego ateizmu nikomu nie narzucam… Nie wiem więc, czemu ta kwestia właśnie nas poróżniła…

    “…i tak na koniec(…)”

    Cóż… Jestem ateistą, uwierz. Co jednak przyniesie przyszłość? Tego nikt nie wie. W końcu najgorsi grzesznicy potrafili się nawracać i zostawać świętymi…

  12. White Powiedział/a:

    @Suchy “Może tu jest mój problem?”

    Tak, tu jest Twój problem.

    “(..)nie chcę być brany za kogoś kim nie jestem.”

    To weź się w końcu zadeklaruj. Przyznaj się, że jesteś ateistą i przestań udawać na religii. Brak Ci odwagi? Weź przykład z innych ‘ateistów’ np. Moniczki, Davida etc.

    “Nie zauważyłem(…)”

    Zapytaj tych, którzy zauważyli (i znają Cię dłużej niż lata liceum).

    “W końcu najgorsi grzesznicy potrafili się nawracać i zostawać świętymi.”

    I taką wątłą nadzieję zostawiasz dla siebie? Hmm… Mi taka wobec Ciebie musi wystarczyć.

    @Suchy “A Jezus i łotr? :> Czy to nie była chwila żalu?”

    Zapytaj, czy to był szczery żal. I sam sobie odpowiedz.

  13. SUCHY Powiedział/a:

    “Tak, tu jest Twój problem.”

    Cóż, w mojej wypowiedzi słowo problem powinienem wziąć w cudzysłów. Ja tego w żadnym razie za problem nie uważam.

    “To weź się w końcu zadeklaruj.”

    Deklaruję. Uwierz mi, gdyby nie to, że nie chcę przysparzać problemów, zwłaszcza ojcu, z wypisaniem się z religii, zrobiłbym to już jakiś czas temu.

    “Zapytaj tych, którzy zauważyli (i znają Cię dłużej niż lata liceum).”

    Hmm… Dałeś mi do myślenia. Może masz rację… Nie będę się kłócił w tej sprawie. Ty patrzysz na mnie obiektywnie, ja na siebie tak spojrzeć nie mogę.

    “I taką wątłą nadzieję zostawiasz dla siebie? Hmm… Mi taka wobec Ciebie musi wystarczyć.”

    Nie. Ja nie uważam swojego braku wiary za grzech. Mamy wolną wolę, z której możemy korzystać. Ja z niej korzystam, Ty z niej korzystasz.
    Ja nie chcę przekonywać Cię do ateizmu. Proszę, nie przekonuj mnie do chrześcijaństwa. Dawniej wierzyłem, doskonale wiem, co straciłem i czego już nie uzyskam. Co do zmiany mojego stosunku do innych spraw… Jak wyżej. Moż i faktycznie masz rację…

  14. Jatoja Powiedział/a:

    Nie chcąc się włączać w spór osobisty, chciałbym dołączyć parę uwag odnośnie tego szczerego żalu. Tutaj nie jest sprawa tak prosta że powiemy sobie tuż przed śmiercią żałuję lub coś takiego. Jak White słusznie musi być to żal szczery, a w tym niestety przeszkadza nam nasze serce, nasza postawa. Człowiek pyszny, nie powie żałuje, powie że robił źle bo tak było lepiej, będzie się usprawiedliwiał. Inny może z rozpaczy stwierdzić że nie ma już zbawienia dla niego, że Bóg mu już nie jest w stanie wybaczyć. Obie te postawy uniemożliwiją zbawienie z prostego względu. Zbawienie to obdarzenie miłością, a te postawy ją po prostu odrzucają. Nasza wiara nie jest taka płytka jak niestety wielu teraz sądzi (nie mówię tu konkretnie o Autorze).

  15. SUCHY Powiedział/a:

    Mhm… Dobrze, kapituluję. Muszę przyznać, że Wasze argumenty na temat szczerego żalu mnie przekonały i będę musiał w tym względzie zrewidować swoje poglądy.
    Faktycznie, jak piszecie na naprawdę SZCZERY żal nie będzie stać każdego. Naprawdę zatwardziały grzesznik może ewentualnie udawać, że żałuje, ale nie będzie w tym prawdziwego uczucia…
    Cóż, niemniej nie trzeba być wierzącym, żeby swoich złych uczynków żałować…

Dodaj komentarz