Archiwum dla styczeń, 2008

Die, mouse, die!

Posted in suchopisanie, suchy on 30 styczeń, 2008 by SUCHY

Tup, tup, tup, tup, tup, tup, tup
Szur, szur, szur
Tup, tup, tup, tup, tup, tup, tup, TUP, TUP

Spał. A właściwie robił to jeszcze pięć minut wcześniej. W tej chwili leżał na plecach i wpatrywał się w ciemności w sufit. Z każdą minutą coraz bardziej zirytowany. Że też akurat tej nocy, kiedy chciał się porządnie wyspać. Zerknął na zegarek. 4:30.
Tup, tup, tup.
Zamknął oczy, próbując się uspokoić. Nie myśleć o tym. Całkowicie zignorować. Przecież wcale nic nie słyszysz, prawda?
TUP, TUP, TUP.
SKRRROOB!

Szybkim ruchem ręki sięgnął do włącznika lampki. Pyk! Spalona żarówka. Cudownie. Opadł na poduszkę. Nie, to niemożliwe. Fatum? Niefortunny zbieg okoliczności? Bez znaczenia. W każdym bądź razie wszystko zdawało się działać przeciwko niemu.
Leżał na łóżku przez kilka minut. Cisza. Czyżby jednak…? Z zadowoleniem przewrócił się na bok i zamknął powieki, szykując się do zaśnięcia. Może jeszcze uda się załapać dwie godzi…
Tup, tup, tup, tup, skrob, tup, tup.
Nie wytrzymał. Zerwał się na równe nogi i zaczął hałasować pod łóżkiem znajdującymi się tam książkami, reklamówkami i innymi przedmiotami. Starał się mimo wszystko być w miarę cicho, żeby nie obudzić całej rodziny. Narobił niezłego bałaganu i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wrócił pod ciepłą kołdrę. Po kilku minutach nasłuchiwania zapadł w płytki sen.
Tup, tup, szur, szur, tup, tup, tup.
Westchnął kompletnie zrezygnowany. Nie miał już siły ani miotać się ze złością ani wymyślić coś bardziej konstruktywnego. Wiedział, że w szafce w przedpokoju jest gdzieś pułapka, ale o tej porze nie chciało mu się jej szukać. Ani ustawiać, gdyby już ją znalazł.
Postanowił zignorować te tupania, szurania i chroboty i spróbować mimo wszystko zasnąć. Westchnął ponownie i przyłożył policzek do poduszki.
Tup, tup, tup, skrob, skrob, skrob, skrob, skrob…
Zasnął. Zapadł w sen pełen wielkich czerwonych oczu, krążących wszędzie kawałków sera i zatrzaskujących się ogromnych pułapek… Nie, nie! To już fikcja literacka! A skoro mamy się trzymać faktów, to, jak prawie zawsze, nie śniło mu się nic.

6:25. Pobudka. Nie było źle. Myślał, że w związku z nocną przygodą po przebudzeniu będzie nieprzytomny, ale całe szczęście mylił się. Był nieprzytomny w takim samym stopniu jak zawsze o 6:25.
Po wstaniu z łóżka jego bystry wzrok od razu zauważył, że coś jest nie tak. Dywan na pewnej przestrzeni cały obsypany był skrawkami sreberka. Takiego, jakim owija się…
Jego oczy rozszerzyły się, a usta ściągnęły. Drżącą dłonią sięgnął po coś, co leżało na niskiej półeczce u wezgłowia łóżka.
O nie! O nie, o nie, o nie, o nie!
Mógłby zapomnieć temu gryzoniowi, że wybrał akurat jego pokój do nocnych eskapad.
Mógłby wybaczyć, że obudził go o 4. nad ranem.
Ale TEGO nie puści w niepamięć! O nie! Ta wredna mysz podgryzła jego ostatnią czekoladę! Ulubioną, kokosową, którą specjalnie zostawił sobie na koniec! Czekoladę, za którą tydzień wcześniej przelał prawie pół litra krwi!
W tej chwili na wszystkie myszy przebywające w tym domu został wydany wyrok śmierci. Gdyby tylko one mogły się o tym dowiedzieć, gdyby popatrzyły w jego oczy w tej właśnie chwili, z pewnością uciekłyby najdalej jak tylko by mogły. Albo popełniły zbiorowe samobójstwo.
Uśmiechnął się paskudnie. Tak, opanowała go żądza zemsty. Vendetta. Nikt nie będzie bezkarnie nadgryzał czegoś, co należy do niego.
Mogło to oznaczać tylko jedno.
Wojnę!

—————————————

Taki humorystyczny raczej tekst ;) Oczywiście opisana sytuacja jest jak najbardziej prawdziwa i przytrafiła mi się dzisiaj w nocy. No, może poza tą “żądzą zemsty”. Niemniej, pani mysza zdenerwowała mnie nieźle i nie odpuszczę jej na pewno.
Ostatnia czekolada… *mruczy pod nosem*
Wpis dodany, wracam do trygonometrii ;)
Dobranoc!

PS. W weekend mam zamiar uskutecznić akcję dokładnego przejrzenia starych archiwów gg. Odświeży się trochę wspomnienia :)
PS2. Pisałem już, że późna poraz sprzyja wszelkiego rodzaju postanowieniom? Właśnie. Zapuszczam włosy ;)

Explanation, information

Posted in suchoinfo, suchy on 27 styczeń, 2008 by SUCHY

OK. Kilka słów od prowadzącego.

Jako, że napisały do mnie dzisiaj dwie osoby (z anonimowych, najwyraźniej jedynie do tego celu założonych numerów gg – sic!) z pytaniem, czemu pierwszy i ten dzisiejszy wpis są w trzeciej osobie, a nie pierwszej, jak wskazywałaby na to ich treść, postanowiłem wyjaśnić to tutaj raz, a dokładnie.

Nie, nie wstydzę się tego, że piszę o sobie.
Nie, nie boję się, że ktoś domyśli się, że to o mnie. (Cóż za absurd, tego domyśliłby się chyba nawet średnio rozgarnięty przedszkolak.)
Nie, nie próbuję uciekać od rzeczywistości. (Robi się coraz ciekawiej…)
Nie, nie chcę również zamykać się we własnym świecie i tworzyć sobie swojego wymarzonego wizerunku. (Co sugerował mi jeden z tych anonimów. Nie wiem, co to za psycholog od siedmiu boleści.)

Dlatego piszę teraz wszem wobec. Tak, teksty typu tego, który ukazał się dzisiaj będą najprawdopodobniej o mnie. Nie zawsze, ale będzie można to poznać. Nie mówię też, że zawsze będę pisał w trzeciej osobie.
Dlaczego więc te wpisy mają taką formę? Bo tak mi się podobało. I właściwie takie wytłumaczenie powinno wystarczyć. Ale napiszę jeszcze, że według mnie trzecioosobowa relacja sprawiła, że są ciekawsze do czytania. A myślę, że i tak wszyscy wiedzieli, że piszę o sobie. Może to jedynie moje wrażenie, ale to mój notatnik (dzięki, White! ;) ) i ja będę decydował, co i w jaki sposób będzie tu opisywane.

W tej kwestii tyle. I nie zamierzam do niej wracać.
Poza tym, jak widać po dwóch ostatnich wpisach, zmieniła mi się nieco koncepcja na Pustynię. Muszę przyznać, że pisanie tych tekstów sprawiło mi dużo wiekszą przyjemność niż tworzenie trzech poprzednich. (Chociaż trudno stwierdzić, żebym ostatni tekst pisał pod wpływem radości…) Dlatego możecie się spodziewać, że będzie tu zdecydowanie więcej właśnie takich wpisów. Będą więc to teksty całkowicie “ode mnie”. Mam nadzieję, że mimo to (a może dzięki temu?) będziecie tu dalej zaglądać. Nie zmieni się jedno – tytuły będą po angielsku. Takie moje dziwactwo ;)

Cóż… Wyjaśniłem jedną rzecz, poinformowałem o drugiej. Trzeba przejrzeć zeszyty, spakować się i niedługo iść spać. (Dzisiaj w końcu położyłem się o szóstej rano, więc należy mi się trochę snu ;) ) A od jutra – powrót do szkolnej rzeczywistości. Miejmy nadzieję, że powrót udany.

The longest journey…

Posted in suchopisanie, suchy on 27 styczeń, 2008 by SUCHY

Wspinał się. Błoto czepiało się nieznośnie butów. A może i spodni. Nie zważał na to. Będzie się martwił w poniedziałek, kiedy trzeba będzie szykować się do szkoły. W tej chwili nie miało to dla niego dużego znaczenia. Jak długo jeszcze? Wydawało mu się, że zdobywa Mont Blanc. Spojrzał w górę. Już niedaleko. Kilka kroków. Alejka z kwadratowych płytek. Nieświadomie tupnął kilka razy nogami. Grudki ziemi znaczyły jego ślady.
Ręce wbite w kieszenie kurtki i spuszczona głowa. Uszy i policzki czerwone od wiatru. Kaptur spoczywa na plecach, czapka w wewnętrznej kieszeni kurtki. Nie lubi zakrywać głowy. Nawet w zimie. Na przekór? Może. Po prawej stronie kościół. Dwie wychodzące z niego osoby. Wierni, którzy postanowili poprosić Boga o pomoc. Porozmawiać z Nim. Pocieszyć się. “A gdyby…” Nie! Szybko odrzucił od siebie tę bezsensowną myśl.
Szedł dalej. Nieobecny, zamyślony. Grupka wyrostków na schodach przedszkola. Zarejestrował głośny śmiech. Śmiali się z niego? Nie, chyba nie. Przekleństwa, alkohol. Na swój sposób, prymitywnie, cieszą się swoją obecnością.
Zobaczył przed sobą budynek szkoły, oświetlony stojącymi dookoła niego lampami. Dawno opuścił już jej mury. Nagle podskoczył zaskoczony. Coś przebiegło mu drogę. Odetchnął z ulgą. Kot. Bury kot. Spojrzał na niego jarzącymi się w ciemnościach ślepiami i zniknął w krzakach.
Szedł dalej. Coraz więcej myśli w głowie. “To ty?!” Usłyszał głos za plecami. Odwrócił się. Kolega. Dawno niewidziany. Uścisk dłoni, wymuszony uśmiech. Beztroska pozornie rozmowa. Co u ciebie? Jak leci? Gdzie się uczysz? Byle szybciej. Byle go spławić.
Wreszcie się udało. Z pewnością nie ma teraz ochoty na rozmowę z dawno niewidzianymi kumplami. Wzrok wbity w ziemię. Nagle ogarnęła go ciemność. Co się stało? Rozejrzał się dookoła. Lampa. Zgasła w chwili, kiedy pod nią przechodził. Przypadek? Nie wierzy w przypadki. Znak? Od kogo niby?
Doszedł do swojego bloku. Paskudny fiolet ściany nawet w ciemnościach bił po oczach. Wygląda spokojnie. Zbyt spokojnie. Może powinien choć raz zareagować bardziej żywiołowo? Może dzisiaj…?
Przeczesał kieszenie w poszukiwaniu klucza. Po świetle w oknie poznał, że ktoś jest w domu, ale nie miał ochoty na rozmowę z nikim z rodziny. Wszedł do klatki. Kolejne zaskoczenie. Kot na schodach. Po wstążeczce pod szyją poznał, że to zwierzak sąsiadów. Jak on się nazywał…? A czy ma to znaczenie? Kot miauknął przeciągle i utkwił w nim spojrzenie swoich zielonych oczu. Wzdrygnął się lekko i ruszył pod górę. Drzwi otwarte, jak zawsze. “To ty?” Dziewczęcy głos z salonu. Zabawne, słyszy to drugi raz w przeciągu pół godziny. “A kto inny…” Mruknął i zaszył się w swoim pokoju. Położył się na łóżku. Dobra książka i dobra muzyka w słuchawkach. Maksymalna głośność. Stary blues. Głównie B.B. King. Książka po chwili ląduje jednak na podłodze. Nie jest się w stanie na niej skupić. Leży z rękoma pod głową i wsłuchuje się w spokojny rytm muzyki, rozmyślając. Nie ma ochoty włączać komputera. Jeszcze nie. Może za godzinkę, dwie, trzy… Sięga po tabliczkę czekolady. Zostały jeszcze cztery z poniedziałku. Czekolada w niewyjaśniony sposób zawsze poprawia humor…
Może lepiej pójść spać? Tak podpowiada rozsądek. Ale nie. Sen dzisiaj nie dla niego. Będzie czuwał. Na przekór? Może…
Będzie czuwał i zastanawiał się nad tym, co niedawno usłyszał. Czy jednak wymyśli coś nowego? Nie, dalej będzie czuł to samo. Niezmiennie. I zawsze. Nic ani nikt nie mógłby go od tego odwieźć. Nie potrafiłby się zmienić w tym względzie. Ani nie chciałby. Musiałby zabić jakąś cząstkę samego siebie, aby to zrobić.
Będzie czuwał…

—————————————

Taak…
Z podrowieniami dla Kropki. Myślę, że powinno Ci się spodobać.

Na koniec fragment piosenki Richarda Marxa “Right Here Waiting”.
“Wherever you go
Whatever you do
I will be right here waiting for you
Whatever it takes
Or how my heart breaks
I will be right here waiting for you”

Z dedykacją. Dla osoby, która będzie wiedziała, że to dla Niej…

What I miss about you…

Posted in Ona, suchopisanie on 26 styczeń, 2008 by SUCHY

PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-…

Jego twarz poszarzała, wychudzona. Ale oczy… Zwierciadła naszej duszy… Te wciąż ma żywe i pełne wyrazu. Uśmiechnięte. Zwłaszcza, gdy spogląda na Nią. Śmieje się wtedy cały, pełen cichego zachwytu nad Jej pięknem. Chciałby żyć przy Niej, życ dla Niej. To jednak nie zależy od niego. Już nie…
A Ona? Długie, gładkie blond włosy opadające na twarz wbrew Jej woli. Pełne usta. Duże, niebieskie oczy. Oczy… Zwierciadła naszej duszy… I u Niej wyrażają wiele emocji. Widać w nich strach, zmartwienie, zagubienie. I gasnącą powoli iskierkę nadziei na dnie. Gdy jednak patrzy na niego, można w nich zauważyć coś jeszcze. Rozpalają się wtedy nagle dziwnym blaskiem, niewytłumaczalnym dla kogoś obserwującego z boku.
Splata nerwowo ręce, zaciśnięte usta wykrzywione w czymś mającym imitować radosny uśmiech.
Czeka. Wie, że ten moment musi nastapić, ale chciałaby go odwlec w nieskończoność. Może to on zacznie temat? Może wtedy będzie łatwiej?
Na razie jest rozmowa. Być może już ostatnia taka pomiędzy nimi. Nagłe pytanie z jego ust. Uderza w Nią niespodziewanie. Nie potrafi wypowiedzieć słowa. Ucieka oczami przed jego wzrokiem. Nieświadomie zaczyna miąć brzeg bluzki.
Jego drżąca, bezsilna dłoń zaciska się na Jej palcach. Spogląda na niego. Delikatny uśmiech i pełne zrozumienia oczy. Wiedział. Domyślał się. Łzy spływają jej same po policzkach. Jego uspokajający głos. Po chwili jest już jak dawniej. Powierzchownie. Cicha rozmowa. Wymiana spojrzeń. Coś jednak się zmieniło i oboje wiedzą, że już do końca pomiędzy nimi to pozostanie. Niedługo…

Dziewczyna wychodzi z budynku. Rzuca ostatnie spojrzenie w stronę jego okna. Rusza powoli alejką w stronę bramy. Dookoła ludzie w białych strojach. Starzy, młodzi. Siedzą na ławkach i spacerują. Wzdycha i przyspiesza kroku.

Chłopak spogląda za okno. Trzeba przyznać, że szpital usytuowano w pięknym miejscu. Podziwia promienie wiosennego słońca igrające na liściach drzew. Uśmiecha się. Nie ma w tym uśmiechu jednak nawet cienia radości. Jedynie nieprzenikniony smutek. W jego głowie kołaczą się myśli. Jedna wybija się ponad inne, dominuje je.
“Maj… Piękny miesiąc… Piękny miesiąc, by umrzeć.”

PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-PIKpik-…

—————————————

Ekhym… Taki krótki tekst, który popełniłem przed chwilą w przypływie nastroju w kolorze blue… Wierzcie lub nie, ale początek napisałem w brudnopisie prawie nieświadomie. Że płytkie to i banalne? Może. Dla mnie ma jednak niejedno znaczenie. I to się liczy. I dlatego go tutaj zamieściłem.
Dobranoc…

I cry when angels deserve to die

Posted in suchorefleksje on 25 styczeń, 2008 by SUCHY

Na początek kilka słów wyjaśnienia.
Po pierwsze temat następnego wpisu miał być całkowicie inny. Jednak po ostatnich wydarzeniach w Polsce postanowiłem napisać kilka słów o czymś innym…
Po drugie. Wpis ten miał ukazać się jeszcze dzisiaj późno w nocy (wcześnie rano?), ale po pięciu godzinach nad matmą mój mózg miał konsystencję płynnej papki i nie byłem już zdolny do nastawienia go na odpowiednie obroty i napisania czegokolwiek. Chociaż próbowałem. Skończyło się jednak na tym, że słuchałem Katie Meluy (polecam “The Closest Thing To Crazy” – jedna z najlepszych piosenek, jakie słyszałem ever), wpatrując się bezmyślnie w szarą listę kontaktów na gg ;)

Ale przejdźmy do konkretów. Dzisiaj chcę napisać kilka słów od siebie na temat żałoby narodowej (+jednej nie narodowej, ale również ogólnopolskiej). Tej wprowadzonej wczoraj, jak i tych ogłaszanych w ostatnich czasach.
Zacznijmy od żałoby obecnie obowiązującej. W środę rozbił się wojskowy samolot CASA. W katastrofie zginęło 19 oficerów i jeden podoficer Wojska Polskiego. Żołnierze wracali z konferencji “Bezpieczeństwo Lotów”. Cóż, paskudna ironia losu…
20 osób… To naprawdę wielka tragedia, nie przeczę. Można jednak spojrzeć na to również z innej strony. Co tydzień w weekend na polskich drogach ginie porównywalna liczba ludzi. Polskich obywateli, jak i ci zmarli żołnierze. Dlaczego więc została ogłoszona żałoba? Może dlatego, że tyle osób zginęło w jednym miejscu. 20 osób… Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że jest to mało, ale… Ale czy wystarczająco dużo, żeby ogłosić żałobę?
A może dlatego, że zmarłymi są żołnierze wypełniający swój obowiązek wobec ojczyzny. Taak, ten argument bardziej by do mnie przemawiał. Jednak nie w tej sytuacji. Oficerowie wracali z KONFERENCJI. Nie bronili w tym momencie naszego kraju. Była to po prostu część ich pracy. Gdyby taka tragedia zdarzyła się, dajmy na to, w Iraku, nic bym nie mówił.
Ale to co mnie naprawdę zdziwiło, to fakt, że żołnierze zostaną pośmiertnie odznaczeni i awansowani. Czemu, ja się pytam…? Czy zginęli w walce? Czy oddali życie za wolność naszej ojczyzny? Cóż, nie umniejszając ich zasług, nie.
I jeszcze jedna rzecz, która już nie zdziwiła mnie, a wręcz bardzo nie spodobała się. Deklaracja Rządu o pomocy dla rodzin ofiar. Finansowej, ale nie tylko. I tak jest przy każdej żałobie. Tego nie zrozumiem chyba nigdy… Czy rodziny ofiar ludzi, którzy zginą w weekend w wypadkach są w jakiś sposób gorsze? Im nikt nie pomaga, nie oferuje pieniędzy. Muszą radzić sobie całkowicie same. A ich tragedia z pewnością nie jest mniejsza od tragedii rodzin tych lotników. Ponownie, nie zrozumcie mnie źle, ale przypuszczam, że w pewnych kwestiach najbliżsi zmarłych oficerów mają łatwiej. Na pewno pod względem finansowym. Żołd generała, czy innego wyższego oficera z pewnością nie jest niski.

A teraz przyjrzyjmy się liczbom. W latach 1935-2000 żałoba narodowa była ogłaszana 7 razy. 7 przypadków na 65 lat!
A teraz uwaga. W latach 2001-2008 żałoba narodowa była ogłaszana 9 razy! 8 lat – 9 żałób. Średnio ponad jedna żałoba rocznie. W tym siedem z nich w latach 2005-2008. Trzy w samym 2005 roku.
Ach… Dodajmy również do tego żałobę wprowadzoną przez Ministra Edukacji w szkołach po samobójczej śmierci 14-letniej Ani. Żałoby, która według mnie pobiła wszelkie możliwe absurdy…
Cóż, jak dla mnie jest to dziwne. Przecież na świecie nie pojawiło się nagle tyle zła. Nie zaczęły nagle zdarzać się masowo straszne tragedie.
Czemu tak się dzieje? Cóż, myślę, że na pewno jest to częściowo spowodowane zmianą ludzkiej mentalności. Zwłaszcza po ataku terrorystycznym na World Trade Center w 2001 roku.
Jednak jest też inny powód, który moim zdaniem może przyświecać politykom. Jest to reklama. Nie chcę być cyniczny, ale żałoba narodowa to wręcz idealny moment do wypromowania własnego wizerunku. Do pokazania się społeczeństwu z lepszej strony. Ludzie z pewnością zapamiętają piekne słowa, deklaracje pomocy, współczujące gesty, smutne miny. Czy twierdzę, że żałoba w wykonaniu polityków to obłuda? Nie będę uogólniał, ale w niektórych przypadkach na pewno.

Czy jestem przeciwny żałobom narodowym? Ogłaszanym z taką częstotliwością jak ostatnio na pewno tak. Szczerze mówiąc jedyną żałobą z jaką zgadzam się całkowicie i bez żadnych ale, z tych ogłoszonych w ostatnich latach, była żałoba po śmierci Papieża. Tutaj nie mogło być żadnej dyskusji co do jej zasadności.
Jednak inne żałoby. Cóż, jestem zdania, że taka rzecz, jak żałoba jest indywidualną sprawą każdego człowieka i nie powinna być z góry narzucana przez państwo. Powinna zależeć jedynie od naszych sumień. Władze powinny ogłaszać żałobę narodową jedynie w tych naprawdę wyjątkowych sytuacjach, jak śmierć Papieża w 2005 roku. Ja, na przykład, nie odczuwam specjalnego smutku po śmierci tych lotników. Oczywiście, współczuję rodzinom, ale… Zawód żołnierza jest z założenia “związany” ze śmiercią. Oczywiście, nie taką śmiercią jak w tym przypadku, ale mimo wszystko mam wątpliwości… I miałem je po każdej wprowadzanej żałobie.

Wystarczy. Może i dobrze, że napisałem to dopiero teraz. Szczerze mówiąc, gdybym napisał to w nocy, byłoby to sporo ostrzejsze. A taki temat, jak ten wymaga raczej łagodniejszego podejścia. Hm… Oczywiście, jeśli powyższym tekstem w jakikolwiek sposób uraziłem czyjeś przekonania, zrobiłem to niezamierzenie i przepraszam za to. Zdaję sobie sprawę, że na ten temat rzadko toczone są jakiekolwiek oficjalne dyskusje. Może i ja nie powinenem o nim pisać?

I, being poor, have only my dreams…

Posted in suchopisanie, suchorefleksje on 23 styczeń, 2008 by SUCHY

Dzisiaj krótki wpis. Od piątku nie mogłem na dłużej siąść przy komputerze, więc postanowiłem uczcić te dwie godzinki (1am-3am), które mam teraz dodając coś nowego na Pustyni.
A co dzisiaj? Kącik artystyczny. A konkretnie dwa wiersze poety irlandzkiego, Williama Butlera Yeatsa. Jeden z tych utworów czytałem już jakiś czas temu. Spodobał mi się niesamowicie. Niedawno znowu przypadkiem na niego trafiłem, więc postanowiłem zainteresować się resztą twórczości Yeatsa. I muszę przyznać, że jego wiersze mógłbym czytać i czytać. Zwłaszcza w oryginale, po angielsku. W tłumaczeniu na polski tracą moim zdaniem nieco swojego uroku. Ale jest to oczywiście jedynie moje odczucie. Warto dodać, że Yeats w 1923 roku otrzymał literacką Nagrodę Nobla.
Pierwszy wiersz to “He Wishes for the Cloths of Heaven”. Polskie tłumaczenie tytułu to “Poeta pragnie szaty niebios”. Wiersz napisany w roku 1899. Opisuje… A zresztą, nie ma sensu tego pisać, najlepiej samemu przeczytać. Najpierw w oryginale.

He Wishes for the Cloths of Heaven

Had I the heavens’ embroidered cloths,
Enwrought with golden and silver light,
The blue and the dim and the dark cloths
Of night and light and the half-light,
I would spread the cloths under your feet:
But I, being poor, have only my dreams;
I have spread my dreams under your feet;
Tread softly, because you tread on my dreams.

Piękny, prawda? A teraz tłumaczenie na polski. Tłumaczenie częściowo moje, częściowo wzorowane na dwóch innych przekładach tego wiersza.

Poeta pragnie szaty niebios

Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Haftowaną nićmi złotego i srebrnego światła,
Niebieską i bladą i ciemną szatę
Mroku i światła i półświatła,
Rozspotarłbym tę szatę pod twe stopy;
Lecz ja – ubogi, widzę ją tylko w marzeniach;
Rozrzuciłem ci me marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, bo stąpasz po moich marzeniach.

Taak… Jak dla mnie ten wiersz jest po prostu arcydziełem. Krótki, zwięzły, a jednocześnie taki treściwy. Cudo, istne cudo. I mała ciekawostka. Utwór ten został wykorzystany w filmie “Equilibrium”.
A teraz drugi wiersz, który również przypadł mi do gustu, czyli “Death”. Po polsku oczywiście “Śmierć”. Utwór wydany w roku 1933 w tomie “The Winding Stairs and Other Poems” (“Kręte schody i inne wiersze”). Oto i on.

Death

Nor dread nor hope attend
A dying animal;
A man awaits his end
Dreading and hoping all;
Many times he died,
Many times rose again.
A great man in his pride
Confronting murderous men
Casts derision upon
Supersession of breath;
He knows death to the bone -
Man has created death.

I polski przekład. Tym razem już nie mojego autorstwa. Próbowałem co prawda go przetłumaczyć, ale było to jednak zbyt trudne. Dlatego prezentuję przekład autorstwa pana Leszka Engelkinga.

Śmierć

Trwóg i nadziei wyzbyta
Jest śmierć zwierzęcia w kniei;
Człowiek koniec swój wita
W trwodze, pełen nadziei;
On umarł wiele razy,
Raz w raz znowu powstaje.
Wielki człowiek bez skazy
Widzi morderców zgraję,
Drwina jest w jego dumie
I drwiąc żegna się ż życiem;
On śmierć na pamięć umie -
Człowiek: śmierci stworzyciel.

Nie wiem, jak wam, ale mi obydwa wiersze spodobały się niesamowicie. I trafiają do mnie. Nie wiem, czy wprawiają mnie w optymistyczny nastrój… Chyba nie. Ale czasem potrzeba i trochę melancholijnej zadumy. I właśnie w nastrój takiej zadumy wpędziły mnie te utwory.
Gdyby ktoś był zainteresowany resztą twórczości Yeatsa, zapraszam serdecznie tutaj – http://www.yeats.art.pl/. Strona może i nie wygląda zachwycająco, ale jest naprawdę godna polecenia ze względu na jej zawartość.

Na dzisiaj to tyle. Mam nadzieję, że wiersze spodobały się wam i zachęciłem was do Yeatsa ;)
Na następny wpis pomysł już jest. Teraz trzeba tylko znaleźć czas, żeby go napisać. A z tym może być ciężko…

PS. Wcięło mi gdzieś ładowarkę od komórki… Gdzie ta cholera może być? :p

Am I dead or still alive?

Posted in suchopisanie, suchorefleksje, suchy on 18 styczeń, 2008 by SUCHY

(Na początek mała dygresja kompletnie niezwiązana z dzisiejszym tematem. Internet to zdradliwa i wredna bestia. Dzisiaj dopiero o pierwszej w nocy udało mi się z niego skorzystać. I to akurat wtedy musiał zastrajkować, kiedy chciałem z Kimś porozmawiać na gg… Złośliwość rzeczy martwych. Cóż, przynajmniej dokończyłem ten wpis…)

Pierwszy tematyczny wpis na Pustyni będzie niezwykle optymistyczny, żeby nie zniechęcić was do dalszego jej odwiedzania. Ba! Mam nadzieję, że będziecie tu jednak od czasu do czasu zaglądać. A o czym dzisiaj przeczytacie? Otóż o… śmierci ;) Szeroko pojętej i ogólnie rozumianej. Postrzeganej z różnych punktów widzenia. Skąd w ogóle na to pomysł? Kilka dni temu na blogu koleżanki (pozdrawiam Cię, Julia!) przeczytałem wpis mówiący o tym, jak znalazła ona stare dokumenty (listy, pamiętniki, etc.) spisane przez swoich dziadków i rodziców. Szczególnie zainteresował mnie ostatni akapit tego tekstu. Autorka zadaje w nim pytanie, czy po niej zostanie jakiś materialny ślad i czy ją ktoś będzie kiedyś wspominał.
Muszę przyznać, że od razu powziąłem postanowienie, że rozwinę ten temat. Następnego dnia wpadłem na pomysł Pustyni i już wiedziałem o czym będzie pierwszy mój wpis na niej. A więc, zaczynajmy!

Czym jest w ogóle śmierć? Zajrzyjmy do wikipedii.
“Śmierć (łac. mors, exitus letalis) – stan charakteryzujący się ustaniem oznak życia, spowodowany nieodwracalnym zachwianiem równowagi funkcjonalnej i załamania wewnętrznej organizacji ustroju.”
I to właściwie tłumaczy nam wszystko. Zresztą, śmierć z fizjologicznego punktu widzenia nie jest niczym ciekawym. Serce staje, krew nie dostarcza tlenu, mózg obumiera, ustają wszelkie procesy życiowe. Koniec. Śmiertelne ciało zostaje złożone w grobie/spalone/czy_co_tam_nakazuje_religia i człowiek przestaje istnieć dla tego świata.
Ale co dzieje się później? Czy to naprawdę definitywny koniec naszej marnej egzystencji? Czy tylko po to przetrwaliśmy życie, żeby po prostu zniknąć? O, ten aspekt jest już znacznie ciekawszy.
Otóż większość współczesnych religii zakłada życie po śmierci. Właściwie to nie tylko współczesnych. Można śmiało stwierdzić, że prawie wszystkie religie, jakie rozwijały się i upadały w okresie dziejów miały w swoich założeniach życie pozagrobowe.
Ale skupmy się na tym, co jest dzisiaj. Przyjrzyjmy się pięciu największym religiom świata, czyli hinduizmowi, islamowi, judaizmowi, buddyzmowi i oczywiście chrześcijaństwu.

Zacznijmy od chrześcijaństwa, największej obecnie religii świata, zrzeszającej ponad 30% jego populacji. Według nauk chrześcijańskich człowiek składa się ze śmiertelnego ciała i nieśmiertelnej duszy. W momencie śmierci dusza odłącza się od ciała. I tutaj możliwe są dwie drogi – zbawienie lub potępienie. Zależy to od tego, w jaki sposób delikwent sprawował się za życia. Jeśli łajdaczył się, nie przestrzegał nauk, itd. – jego duszyczka wędruje do piekła, aby smażyć się przez wieki w diabelskich ogniach. Jeśli jednak żył godnie, przestrzegając głównie Dziesięciu Przykazań, a przede wszystkim wierzył w Boga i Jezusa – idzie do Nieba, gdzie może być pewien nagrody za swoje dobre uczynki. Taki komfort ludzie mają jednak dopiero od dnia śmierci Chrystusa, Syna Bożego, który oddał swoje życie dla naszego zbawienia. Ach… Jest jeszcze czyściec, czyli taka poczekalnia dla dusz, które nie są do końca pewne. Tak to wygląda w telegraficznym skrócie.

Islam – druga pod względem liczebności religia. I ponownie monoteistyczna. Muszę przyznać, że podejście muzułmanów do śmierci wydaje mi się ciekawe. Nie, nie wierzę w nie! Ale podoba mi się ich spojrzenie na ten temat. Otóż muzułmanie wierzą, że po śmierci dusza człowieka napotyka dwóch aniołów – Munkara i Nakira. Zadają oni zmarłemu cztery pytania. Pytają o Boga oraz proroka, w jakich wierzy zmarły; o religię, jaką wyznaje oraz o kierunek jego modłów. Od odpowiedzi na te pytania zależy dalszy los duszy. Jeśli odpowiedzi brzmią kolejno: Allah, Mahomet, islam i Mekka, zmarły zostaje pocieszony i dusza powraca na ziemię z obietnicą życia wiecznego, oczekując na Dzień Sądu. Jeśli jednak odpowiedzi są inne, dusza musi doświadczyć udręk, które są zapowiedzią i przedsmakiem piekła. Ale teraz moja ulubiona część. Otóż męczennicy, którzy oddali swoje życie za wiarę, trafiają PROSTO do raju. A za męczenników są uważane w islamie między innymi, uwaga, ofiary dżihadu, czyli świętej wojny w obronie wiary. A jak to jest z dżihadem zwłaszcza ostatnimi czasy wszyscy wiemy, prawda? Właśnie…

Trzecia z wielkich religii, czyli hinduizm. W końcu religia politeistyczna. Ha! Hinduiści to dopiero mają interesującą koncepcję życia po śmierci! Słyszeliście o reinkarnacji? Na pewno. Więc właśnie. Hinduizm opiera się na wierze w reinkarnację. Według tego poglądu dusza człowieka musi przejść kilka stadiów, postaci. Od przedmiotu, przez roślinę, zwierzę, człowieka i parę jeszcze wyższych aż do całkowitego i stałego zjednoczenia z Brahmanem, czyli Bogiem.
Hmm, trochę niejasne? To fakt… Może coś więcej o tym. Za życia człowiek zbiera lub traci jakby punkty, które warunkują postać, w jaką wcieli się dusza po śmierci. Punkty dodatnie człowiek gromadzi za życie według dharmy, czyli zbioru zasad etycznych. Punkty ujemne – za złe uczynki. Od ilości tych “punktów” zależy, czy dusza odrodzi się w wyższej, czy w niższej postaci. Taka wędrówka dusz zwana jest sansarą. Kończy się ona w momencie uzyskania przez duszę najwyższego stadium. Są trzy drogi do osiągnięcia oświecenia (najwyższego stadium) i zjednoczenia się z Brahmanem. Bhakti joga, czyli droga miłości, Dźnana joga, czyli droga mądrości i Karma joga, czyli droga bezinteresownego działania.

Czwarta religia, czyli buddyzm. Cóż, tu jest ciut podobnie, jak w hinduizmie. Również mamy reinkarnację. Jednak właściwie na tym podobieństwa się kończą. Buddyści wierzą, że w człowieku nie ma nic trwałego – ani ciała, ani duszy. Nic co mogłoby przejść do następnego życia. W jaki sposób następuje więc reinkarnacja? Dzięki karmie. A co to takiego ta karma? Hmm… Karma jest to skutek, jaki wynikł z działania podjętego przez człowieka za życia. Skutek, który ma wpływ również i na tego człowieka. Niezbyt jasne, fakt, ale chyba inaczej nie można wytłumaczyć. Tak więc w buddyzmie to karma wpływa na wygląd kolejnego życia. Jest ono kompletnie różne od poprzedniego, jednak w pewien sposób zostaje ukierunkowane przez karmę, energię z poprzedzającego je życia. Przyczyny ciągłego odradzania się znikają w momencie “zrozumienia” lub innymi słowy oświecenia, jak w hinduizmie. I wtedy cykl kończy się. Taki jest cel każdego buddysty – wyrwanie się z ciągle powtarzającego się kręgu wcieleń.

I wreszcie ostatnia religia, czy judaizm. Tutaj jest z kolei podobnie jak w chrześcijaństwie. Po śmierci dusza wędruje do nieba lub piekła. Podstawą zbawienia nie jest tu jednak sama wiara w Boga, a wypełnianie Jego przykazań. Każda dusza czeka oczywiście na Sąd Ostateczny, kiedy Bóg rozsądzi ludzi z ich uczynków.

I to tyle. Jak widzimy w każdej z tych pięciu religii pojawia się idea życia po śmierci. Dlaczego? Mam na ten temat swój pogląd. Czy gdyby nie było obietnicy ciągłości naszej egzystencji w ten czy inny sposób, religie znajdowałyby tak wielu wyznawców? Nie sądzę. Człowiek mimo wszystko chce wierzyć, że śmierć nie będzie ostatecznym końcem. Że po niej będzie coś nowego. Że wtedy juz przez wieki będzie cieszyć się i radować w raju. Taak… Takie wizje bardzo przyciągają ludzi. Dają im nadzieję i otuchę. Poza tym musi być przeciwwaga dla wymagań (10 Przykazań, dharma, etc.) stawianych przez religie. Tą przeciwwagą i zapłatą za ich spełnianie jest właśnie obietnica życia wiecznego.

A co ja o tym sądzę? Jak było powiedziane we wprowadzeniu do tego bloga (W tym momencie przez twarz Autora przebiegł grymas obrzydzenia. Postanowił jednak, że dla wygody będzie na razie swój twór nazywał “blogiem”…) jestem ateistą. Nie wierzę w Boga, Brahmana, Buddę, Allaha, ani żadnego innego. Nie wierzę również, co za tym idzie, w życie pozagrobowe. Według mnie życie zaczyna się w momencie urodzin, a kończy w chwili śmierci. Nie ma nic poza tym. Dlatego sądzę, że musimy w odpowiedni sposób wykorzystać czas, jaki jest nam dany na Ziemi. Nie możemy go zmarnować. Powinniśmy żyć w taki sposób, abyśmy zostali zapamiętani jako ludzie godni, honorowi i dobrzy. I na tym powinna opierać się nasza egzystencja. Nie na tym, żeby zaspokoić żądania jakiegoś boga, czy często dość dziwne wymagania religii. Nie. One powinny zostać zepchnięte na dalszy plan. Przede wszystkim mamy myśleć o tym, żeby żyć… hmm… “odpowiednio”. Czyli jak? Na to pytanie musi już odpowiedzieć sobie każdy z nas osobno. Normalny człowiek nie powinien mieć z tym większego problemu…
Tak więc zastanówmy się nad tym jak żyjemy. Spróbujmy zadać sobie to pytanie i poszukać na nie właściwej odpowiedzi. Może to nas zmieni? Zmieni na lepsze…

Na dzisiaj chyba wystarczy. Mam nadzieję, że nie zanudziłem was bardzo. Jako, że jest to mój pierwszy (no, poza wprowadzeniem) wpis, proszę was bardzo o komentarze, co o nim sądzicie.

PS. Odkryłem, że najlepiej pisze mi się pomiędzy drugą a czwartą w nocy. Fascynujące :>
PS2. Wczoraj pół żartem, pół serio rzuciłem w czasie pewnej rozmowy na gg, że po dobrze zdanej maturze nauczę się grać na jakimś instrumencie. Dzisiaj sprawę przemyślałem i doszedłem do wniosku, że jest to bardzo dobry pomysł. Tak więc wszem wobec oświadczam, że jeśli pozytywnie zdam maturę, będę uczył się gry na gitarze! A jeśli tego nie zrobię, to niech mnie piekło pochłonie! Tfu… Ja nie wierzę w piekło… Niech więc będzie: Niech mnie piorun trzaśnie! Howgh, powiedziałem.

Introduction

Posted in suchoinfo, suchy on 16 styczeń, 2008 by SUCHY

Ach… To wy? Już jesteście? Nie spodziewałem się was jeszcze. Witam serdecznie na Pustyni Rzeczywistości, której założenia, jak i Autora chciałbym wam przedstawić w tym pierwszym wpisie. Od czego zaczniemy? Może najpierw kilka słów o Autorze.

Autor jest osiemnastolatkiem, uczącym się w klasie maturalnej w jednym z liceów w Lublinie (stan na 16.01.08r.). Podobno w jednym z tych lepszych liceów. Jest oczywiście Europejczykiem, Polakiem oraz lublinianinem. Poza tym jest coraz bardziej ostatnio zadeklarowanym ateistą, odkrywającym w sobie czasami przebłyski nihilizmu. Podchodzi do świata z przesadnym wręcz spokojem, co często się na nim mści. Rzadko impulsywnie reaguje na wszelkie wydarzenia. To jednak zaczyna mu się ostatnio coraz częściej zdarzać.
Oprócz tego Autor jest jeszcze Sarmatą, Cantryjczykiem oraz monarchofaszystą. A cóż to oznacza? Przyjdzie pora, a z pewnością dowiecie się więcej. Autor na pewno wyjaśni to bliżej w którymś z wpisów. Chyba tyle o nim wystarczy w tej chwili, prawda? Ach… Warto jeszcze nadmienić, że Autor jest dosyć nieśmiały, zwłaszcza w pewnych sytuacjach. Nad tym też mocno ubolewa i cały czas stara się to powoli zmieniać… Teraz przejdźmy do idei Pustyni.

Pustynia Rzeczywistości jest blogiem, który… Nie, nie, stop! Autor nie lubi określenia “blog”. Niezmiennie kojarzy mu się z różowymi “bLoGaSkAmI” najprzeróżniejszych głupiutkich nastolatek. Może nie jest to słuszne podejście? Pewnie tak, ale co poradzić. Jak więc nazywać Pustynię? Pamiętnikiem? Też nie pasuje. Cóż… Na razie po prostu nazywajmy ją “tworem”. Może jakaś porządniejsza nazwa wykrystalizuje się w trakcie publikacji nowych wpisów.
Jaki jest cel powstania Pustyni? Otóż Autor ostatnimi czasy odczuwa wielką chęć pisania. Słucham? Powinien jakoś pożytecznie spożytkować tę chęć? Ha! Może i racja? Mógłby zacząć pisać prezentację maturalną, ale nie jest to przecież tak ciekawe, jak pisanie na temat całkowicie dowolny. Taki, który akurat cię w danej chwili zainteresuje, prawda? Właśnie. Tak więc, na tym… “tworze” Autor będzie dzielił się z wami swoimi przemyśleniami, refleksjami i wszystkim co tylko przyjdzie mu do głowy. Nie, nie będzie tu opisów w stylu: “Dzisiaj poszedłem z moimi kumplami na piwo. Potem wróciłem do domu. Było fajnie.” Gdyby takie rzeczy zaczęły się tu pojawiać, znaczyłoby to, że Autor całkowicie stracił swoje ideały… Owszem, mogą pojawiać się jakieś historie z życia, ale tylko jeśli będą nieść ze sobą coś głębszego.

Myślę, że to chyba wszystko, co chciałem wam dzisiaj powiedzieć o tym miejscu. Jeśli macie jakieś pytania czy uwagi, piszcie w komentarzach, a Autor z pewnością na nie odpowie. Do zobaczenia!

Ach… Zapomniałbym o jednym. Autor jest generalnie przeciwnikiem cenzury i gorącym zwolennikiem wolności słowa, ale kazał mi was ostrzec, że wszelkie idiotyczne czy wulgarne komentarze będą od razu i bezlitośnie kasowane.