(Na początek mała dygresja kompletnie niezwiązana z dzisiejszym tematem. Internet to zdradliwa i wredna bestia. Dzisiaj dopiero o pierwszej w nocy udało mi się z niego skorzystać. I to akurat wtedy musiał zastrajkować, kiedy chciałem z Kimś porozmawiać na gg… Złośliwość rzeczy martwych. Cóż, przynajmniej dokończyłem ten wpis…)
Pierwszy tematyczny wpis na Pustyni będzie niezwykle optymistyczny, żeby nie zniechęcić was do dalszego jej odwiedzania. Ba! Mam nadzieję, że będziecie tu jednak od czasu do czasu zaglądać. A o czym dzisiaj przeczytacie? Otóż o… śmierci ;) Szeroko pojętej i ogólnie rozumianej. Postrzeganej z różnych punktów widzenia. Skąd w ogóle na to pomysł? Kilka dni temu na blogu koleżanki (pozdrawiam Cię, Julia!) przeczytałem wpis mówiący o tym, jak znalazła ona stare dokumenty (listy, pamiętniki, etc.) spisane przez swoich dziadków i rodziców. Szczególnie zainteresował mnie ostatni akapit tego tekstu. Autorka zadaje w nim pytanie, czy po niej zostanie jakiś materialny ślad i czy ją ktoś będzie kiedyś wspominał.
Muszę przyznać, że od razu powziąłem postanowienie, że rozwinę ten temat. Następnego dnia wpadłem na pomysł Pustyni i już wiedziałem o czym będzie pierwszy mój wpis na niej. A więc, zaczynajmy!
Czym jest w ogóle śmierć? Zajrzyjmy do wikipedii.
“Śmierć (łac. mors, exitus letalis) – stan charakteryzujący się ustaniem oznak życia, spowodowany nieodwracalnym zachwianiem równowagi funkcjonalnej i załamania wewnętrznej organizacji ustroju.”
I to właściwie tłumaczy nam wszystko. Zresztą, śmierć z fizjologicznego punktu widzenia nie jest niczym ciekawym. Serce staje, krew nie dostarcza tlenu, mózg obumiera, ustają wszelkie procesy życiowe. Koniec. Śmiertelne ciało zostaje złożone w grobie/spalone/czy_co_tam_nakazuje_religia i człowiek przestaje istnieć dla tego świata.
Ale co dzieje się później? Czy to naprawdę definitywny koniec naszej marnej egzystencji? Czy tylko po to przetrwaliśmy życie, żeby po prostu zniknąć? O, ten aspekt jest już znacznie ciekawszy.
Otóż większość współczesnych religii zakłada życie po śmierci. Właściwie to nie tylko współczesnych. Można śmiało stwierdzić, że prawie wszystkie religie, jakie rozwijały się i upadały w okresie dziejów miały w swoich założeniach życie pozagrobowe.
Ale skupmy się na tym, co jest dzisiaj. Przyjrzyjmy się pięciu największym religiom świata, czyli hinduizmowi, islamowi, judaizmowi, buddyzmowi i oczywiście chrześcijaństwu.
Zacznijmy od chrześcijaństwa, największej obecnie religii świata, zrzeszającej ponad 30% jego populacji. Według nauk chrześcijańskich człowiek składa się ze śmiertelnego ciała i nieśmiertelnej duszy. W momencie śmierci dusza odłącza się od ciała. I tutaj możliwe są dwie drogi – zbawienie lub potępienie. Zależy to od tego, w jaki sposób delikwent sprawował się za życia. Jeśli łajdaczył się, nie przestrzegał nauk, itd. – jego duszyczka wędruje do piekła, aby smażyć się przez wieki w diabelskich ogniach. Jeśli jednak żył godnie, przestrzegając głównie Dziesięciu Przykazań, a przede wszystkim wierzył w Boga i Jezusa – idzie do Nieba, gdzie może być pewien nagrody za swoje dobre uczynki. Taki komfort ludzie mają jednak dopiero od dnia śmierci Chrystusa, Syna Bożego, który oddał swoje życie dla naszego zbawienia. Ach… Jest jeszcze czyściec, czyli taka poczekalnia dla dusz, które nie są do końca pewne. Tak to wygląda w telegraficznym skrócie.
Islam – druga pod względem liczebności religia. I ponownie monoteistyczna. Muszę przyznać, że podejście muzułmanów do śmierci wydaje mi się ciekawe. Nie, nie wierzę w nie! Ale podoba mi się ich spojrzenie na ten temat. Otóż muzułmanie wierzą, że po śmierci dusza człowieka napotyka dwóch aniołów – Munkara i Nakira. Zadają oni zmarłemu cztery pytania. Pytają o Boga oraz proroka, w jakich wierzy zmarły; o religię, jaką wyznaje oraz o kierunek jego modłów. Od odpowiedzi na te pytania zależy dalszy los duszy. Jeśli odpowiedzi brzmią kolejno: Allah, Mahomet, islam i Mekka, zmarły zostaje pocieszony i dusza powraca na ziemię z obietnicą życia wiecznego, oczekując na Dzień Sądu. Jeśli jednak odpowiedzi są inne, dusza musi doświadczyć udręk, które są zapowiedzią i przedsmakiem piekła. Ale teraz moja ulubiona część. Otóż męczennicy, którzy oddali swoje życie za wiarę, trafiają PROSTO do raju. A za męczenników są uważane w islamie między innymi, uwaga, ofiary dżihadu, czyli świętej wojny w obronie wiary. A jak to jest z dżihadem zwłaszcza ostatnimi czasy wszyscy wiemy, prawda? Właśnie…
Trzecia z wielkich religii, czyli hinduizm. W końcu religia politeistyczna. Ha! Hinduiści to dopiero mają interesującą koncepcję życia po śmierci! Słyszeliście o reinkarnacji? Na pewno. Więc właśnie. Hinduizm opiera się na wierze w reinkarnację. Według tego poglądu dusza człowieka musi przejść kilka stadiów, postaci. Od przedmiotu, przez roślinę, zwierzę, człowieka i parę jeszcze wyższych aż do całkowitego i stałego zjednoczenia z Brahmanem, czyli Bogiem.
Hmm, trochę niejasne? To fakt… Może coś więcej o tym. Za życia człowiek zbiera lub traci jakby punkty, które warunkują postać, w jaką wcieli się dusza po śmierci. Punkty dodatnie człowiek gromadzi za życie według dharmy, czyli zbioru zasad etycznych. Punkty ujemne – za złe uczynki. Od ilości tych “punktów” zależy, czy dusza odrodzi się w wyższej, czy w niższej postaci. Taka wędrówka dusz zwana jest sansarą. Kończy się ona w momencie uzyskania przez duszę najwyższego stadium. Są trzy drogi do osiągnięcia oświecenia (najwyższego stadium) i zjednoczenia się z Brahmanem. Bhakti joga, czyli droga miłości, Dźnana joga, czyli droga mądrości i Karma joga, czyli droga bezinteresownego działania.
Czwarta religia, czyli buddyzm. Cóż, tu jest ciut podobnie, jak w hinduizmie. Również mamy reinkarnację. Jednak właściwie na tym podobieństwa się kończą. Buddyści wierzą, że w człowieku nie ma nic trwałego – ani ciała, ani duszy. Nic co mogłoby przejść do następnego życia. W jaki sposób następuje więc reinkarnacja? Dzięki karmie. A co to takiego ta karma? Hmm… Karma jest to skutek, jaki wynikł z działania podjętego przez człowieka za życia. Skutek, który ma wpływ również i na tego człowieka. Niezbyt jasne, fakt, ale chyba inaczej nie można wytłumaczyć. Tak więc w buddyzmie to karma wpływa na wygląd kolejnego życia. Jest ono kompletnie różne od poprzedniego, jednak w pewien sposób zostaje ukierunkowane przez karmę, energię z poprzedzającego je życia. Przyczyny ciągłego odradzania się znikają w momencie “zrozumienia” lub innymi słowy oświecenia, jak w hinduizmie. I wtedy cykl kończy się. Taki jest cel każdego buddysty – wyrwanie się z ciągle powtarzającego się kręgu wcieleń.
I wreszcie ostatnia religia, czy judaizm. Tutaj jest z kolei podobnie jak w chrześcijaństwie. Po śmierci dusza wędruje do nieba lub piekła. Podstawą zbawienia nie jest tu jednak sama wiara w Boga, a wypełnianie Jego przykazań. Każda dusza czeka oczywiście na Sąd Ostateczny, kiedy Bóg rozsądzi ludzi z ich uczynków.
I to tyle. Jak widzimy w każdej z tych pięciu religii pojawia się idea życia po śmierci. Dlaczego? Mam na ten temat swój pogląd. Czy gdyby nie było obietnicy ciągłości naszej egzystencji w ten czy inny sposób, religie znajdowałyby tak wielu wyznawców? Nie sądzę. Człowiek mimo wszystko chce wierzyć, że śmierć nie będzie ostatecznym końcem. Że po niej będzie coś nowego. Że wtedy juz przez wieki będzie cieszyć się i radować w raju. Taak… Takie wizje bardzo przyciągają ludzi. Dają im nadzieję i otuchę. Poza tym musi być przeciwwaga dla wymagań (10 Przykazań, dharma, etc.) stawianych przez religie. Tą przeciwwagą i zapłatą za ich spełnianie jest właśnie obietnica życia wiecznego.
A co ja o tym sądzę? Jak było powiedziane we wprowadzeniu do tego bloga (W tym momencie przez twarz Autora przebiegł grymas obrzydzenia. Postanowił jednak, że dla wygody będzie na razie swój twór nazywał “blogiem”…) jestem ateistą. Nie wierzę w Boga, Brahmana, Buddę, Allaha, ani żadnego innego. Nie wierzę również, co za tym idzie, w życie pozagrobowe. Według mnie życie zaczyna się w momencie urodzin, a kończy w chwili śmierci. Nie ma nic poza tym. Dlatego sądzę, że musimy w odpowiedni sposób wykorzystać czas, jaki jest nam dany na Ziemi. Nie możemy go zmarnować. Powinniśmy żyć w taki sposób, abyśmy zostali zapamiętani jako ludzie godni, honorowi i dobrzy. I na tym powinna opierać się nasza egzystencja. Nie na tym, żeby zaspokoić żądania jakiegoś boga, czy często dość dziwne wymagania religii. Nie. One powinny zostać zepchnięte na dalszy plan. Przede wszystkim mamy myśleć o tym, żeby żyć… hmm… “odpowiednio”. Czyli jak? Na to pytanie musi już odpowiedzieć sobie każdy z nas osobno. Normalny człowiek nie powinien mieć z tym większego problemu…
Tak więc zastanówmy się nad tym jak żyjemy. Spróbujmy zadać sobie to pytanie i poszukać na nie właściwej odpowiedzi. Może to nas zmieni? Zmieni na lepsze…
Na dzisiaj chyba wystarczy. Mam nadzieję, że nie zanudziłem was bardzo. Jako, że jest to mój pierwszy (no, poza wprowadzeniem) wpis, proszę was bardzo o komentarze, co o nim sądzicie.
PS. Odkryłem, że najlepiej pisze mi się pomiędzy drugą a czwartą w nocy. Fascynujące :>
PS2. Wczoraj pół żartem, pół serio rzuciłem w czasie pewnej rozmowy na gg, że po dobrze zdanej maturze nauczę się grać na jakimś instrumencie. Dzisiaj sprawę przemyślałem i doszedłem do wniosku, że jest to bardzo dobry pomysł. Tak więc wszem wobec oświadczam, że jeśli pozytywnie zdam maturę, będę uczył się gry na gitarze! A jeśli tego nie zrobię, to niech mnie piekło pochłonie! Tfu… Ja nie wierzę w piekło… Niech więc będzie: Niech mnie piorun trzaśnie! Howgh, powiedziałem.