How can I be lost if I’ve got nowhere to go?

Posted in Ona, suchopisanie on 22 luty, 2009 by SUCHY

Siedziała skulona przy ognisku, wpatrując się w jasną łunę nad horyzontem. Zaczynało świtać, a Ona wciąż nie mogła zasnąć. Myśli biegnące nieprzerwanym strumieniem przez umysł nie pozwoliły Jej nawet spróbować ułożyć sie do snu. Ta sama sytuacja powtarzała się zresztą od kilku dni. Od pięciu, pomyślała. Dokładnie od pięciu dni. To wtedy Samuel zesłał na Nią tę… wizję? Ta właśnie kwestia nie dawała Jej spokoju. Ledwo zdołała się pogodzić z tym, że Bóg nie żyje, a już została zasypana falą kolejnych wiadomości. Wiadomości, które były całkowicie sprzeczne z Jej wiarą i przekonaniami. To prawda, kiedy po raz pierwszy spotkała Samuela, pełna była wątpliwości, ale nigdy nie przeszłaby Jej nawet przez myśl żadna z podobnych rzeczy. Bóg stworzony wraz z powstaniem Wszechświata? Poinstruowany do zrobienia Ziemi? Wreszcie, umierający Bóg sprzymierzający się z Diabłem? Nie, to było jak dla Niej zbyt wiele. A do tego tajemnicza wizja Anioła z twarzą Samuela.

Jedna część Jej umysłu chciała się z tym wszystkim pogodzić.  Próbowała sobie wmawiać, że Niszczyciel nie mógłby Jej oszukać. Że chce przekazać Jej całą prawdę o tym, co dzieje się w świecie poza ludzkim pojmowaniem. Druga część z uporem jednak zaprzeczała wszystkiemu. Jak bowiem może być możliwe, żeby wszystko, czego Ją nauczano, wszystko, co zawsze uważała za pewniki okazało się w jednej chwili jednym wielkim kłamstwem? Do tego kłamstwem, którym mamiona jest cała ludzkość. W jednej chwili w gruzach legły wszelkie fundamenty wiary…

Spojrzała na śpiącego Samuela, który teraz wyglądał tak spokojnie i… zwyczajnie. Uderzył Ją ten widok. Nigdy nie spodziewała się ujrzeć Niszczyciela w taki sposób – jako zwykłego człowieka. Wstała z miejsca i po cichu wyszła poza okręg światła. Dwa dni temu wyszli z lasu i teraz wędrowali przez rozległą równinę pokrytą wysoką, soczyście zieloną trawą, na której tylko od czasu do czasu można było ujrzeć samotne drzewo. Po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, co to za miejsce. Samuel nie odpowiadał Jej na to pytanie, chociaż naciskała wiele razy. Była pewna, że nie jest to Ziemia, jaką znała. Poznawała to gwiazdach, których nie potrafiła rozpoznać. A kiedyś lubili leżeć i wpatrywać się w nocne niebo. Gwałtowny, krótki przebłysk pamięci. Lubili…? Przystanęła, tknięta nagłym uczuciem rozpaczy. Nie pamiętała wielu rzeczy sprzed spotkania z Niszczycielem. Zdała sobie z tego sprawę zaraz po rozpoczęciu ich wspólnej podróży. Wiedziała również od samego początku, że nie pamięta czegoś, co powinno pozostać w Jej pamięci. Świadomość tego faktu sprawiała Jej dodatkowy ból…

- Nie możesz zasnąć? – usłyszała za sobą cichy głos i odwróciła się gwałtownie. To był On. Odetchnęła z ulgą, ale Jej ciało pozostało napięte. – Tak, wiem, że nie możesz. I nie dziwię ci się wcale. Gdybym był na twoim miejscu, też męczyłyby mnie ciągłe myśli. Ba… Kiedyś, dawno temu byłem w takiej samej sytuacji. Niszczyciel, który przekazał mi Wiedzę zrobił to w sposób niezwykle… – zamilkł na chwilę. – …niedelikatny. Wyobrażam więc sobie, jak musisz się w tej chwili czuć. Rozdarta na wiele kawałków, prawda?
Stała oniemiała, wpatrując się w Jego odmienioną twarz. Od początku rozmowy wypatrywała znajomego, ironicznego uśmieszku. Ku swojemu zaskoczeniu nic takiego nie ujrzała. Zamiast tego widziała spokój, opanowanie i… troskę? Tak, mogłaby przysiąc, że w Jego wzroku widzi wyraz zmartwienia. Nie mogła wykrztusić z siebie słowa, próbując pojąć, co doprowadziło do takiej odmiany.
- Nie musisz odpowiadać. – kontynuował tym samym, delikatnym głosem. – Być może to moja wina, być może przesadziłem, być może wymagam zbyt wiele od ciebie… i od siebie. Musisz jednak zrozumieć, że muszę tak postępować. Nie mam innego wyboru, bo sprawa, o którą walczymy jest w wielkim niebezpieczeństwie. Wiedza, którą przekazujemy jest zagrożona, a miejsce, które nazywamy Domem jest bliskie zniszczenia. Wszystko, co ci do tej pory przekazałem jest prawdą. Wiedz, że wiele rzeczy wygląda naprawdę całkowicie inaczej, niż do niedawna sądziłaś, a niebawem poznasz ich jeszcze więcej. – westchnął i popatrzył Jej w oczy. Jeśli oczekiwał odpowiedzi, to się jej nie doczekał. Po chwili dokończył. – Mimo wszystko – przepraszam. – skłonił się przed Nią sztywno, odwrócił na pięcie i ruszył z powrotem w stronę obozowiska.
- Spróbuj przespać się jeszcze chociaż chwilę, zanim wyruszymy. – rzucił na odchodne, tym razem już swoim normalnym, pełnym pewności siebie i zdecydowania głosem.

W pierwszym momencie czuła się jeszcze bardziej zagubiona i niepewna niż przed tą rozmową. Po chwili zmusiła się jednak do zebrania myśli i nabrania im konkretnego kształtu. Chce, żebym zaczęła mu bezgranicznie wierzyć. – pomyślała. – Wie, że mam ogromne wątpliwości i chce je zmniejszyć. Zagrożenie? Niebezpieczeństwo? To może być prawda… Ale nie musi. Zaufam Mu, bo nie mam innego wyjścia, ale nie zostanę Jego bezmyślna marionetką.
Już spokojniejsza skierowała się w stronę obozu. Zauważyła, że nie ma Go na miejscu. Położyła się i zasnęła płytkim snem. Po pewnym czasie obudził Ją, jak to zawsze czynił. Bez słowa zjedli śniadanie, spakowali się i ruszyli w dalszą drogę.
Tak jak codziennie. – pomyślała i spojrzała na Niego. Patrzył przed siebie, a z Jego twarzy ponownie nie można było niczego wyczytać.
- Tak jak codziennie…

—————————————

Uff, w końcu mi się udało. Nie jest to to, co pisałem. Nie jest to też to, co chciałem napisać. Ten tekst napisałem dzisiaj, kiedy zajrzałem na Pustynię i pomyślałem sobie, że warto coś opublikować. Otworzyłem Worda, zacząłem… i jakoś dalej samo poszło ;)
A jak poszło, to już sami oceńcie.
Jedno mogę obiecać – tym razem nie będzie takiej przerwy do następnego tekstu. Pisanie sprawia mi jednak frajdę, nawet jeśli mi nie wychodzi ;)

Blinded by me, you can’t see a thing.

Posted in Ona, suchopisanie on 8 maj, 2008 by SUCHY

Zapadła w sen. Niezwykle głęboki. Właściwie to On wprowadził Ją w ten sen. Powiedział, że dzięki niemu będzie rozumiała więcej niż mogłaby się spodziewać. Mówił, że będzie to sen, z którego będzie Jej ciężko się już kiedykolwiek wybudzić.
Zaufała mu. Sama nie wiedziała czemu, ale ufała mu od samego początku. Od chwili kiedy pierwszy raz się do niej odezwał, nazywając ją głupią wiedziała, że nie mógłby Jej okłamać. Szła za Nim ufnie jak uczeń za swoim mistrzem. Jak chory pies prowadzony przez właściciela do uśpienia… Do tej pory takim zaufaniem darzyła tylko jedną osobę. Tę, z której stratą cały czas nie mogła sobie poradzić.
W tej chwili śniła. Śniła o początku Nicości. Widzała, jak z tej Nicości wyłania się i kształtuje Wszechświat. Gwiazdy i planety dookoła Niej formowały się, by po chwili zniknąć w oślepiającym wybuchu. Twory tysiące razy większe od naszego Słońca powstawały i ginęły na Jej oczach. Wszystko to przebiegało w obezwładniającej ciszy.

Zobaczyła Boga. Nie wyglądał tak, jak wyobrażają Go sobie ludzie – starzec z długą, siwą brodą. Był młodym, bardzo młodym… Kim? Człowiekiem? Tak, zdecydowanie miał postać człowieka. Był ubrany jedynie w długą, biała szatę i patrzył na rozgrywające się dookoła sceny z takim samym zdumieniem i zachwytem jak Ona. Nagle rozległ się bezcielesny głos. Wypowiedział tylko dwa słowa. “STWÓRZ GO.”

Wizja rozmyła się i po chwili pojawił się nowy obraz. Oto Bóg siedzący na bogato zdobionym tronie, otoczony siedmioma Strażnikami w zbrojach i z ognistymi mieczami w dłoniach, przypatruje się obracającej powoli w dole Ziemi. Na Jego pomarszczonej, starczej twarzy maluje się rozczarowanie, zawód i… znudzenie. Westchnął ciężko, a wizja ponownie się rozmyła.

Tym razem zobaczyła Boga leżącego na wielkim łożu. Był chory. Można było wywnioskować, że trawi go gorączka. Jego skóra miała żółtawą barwę, a zapadnięte w głąb czaszki oczy straciły swój blask. Mówił coś z wysiłkiem do otaczających Go trzynastu postaci. Postaci, które chociaż były ubrane w tak różny sposób – od zwykłych, powłóczystych szat po czarne, skórzane spodnie i kurtki – łączył jeden szczegół. Wielkie białe skrzydła złożone na plecach. Jedna z postaci obróciła głowę i spojrzała prosto na Nią…

- Jesteś Aniołem! – wykrzyknęła, zrywając się z ziemi. Zwróciła wzrok na postać siedzącą przy małym ognisku.
- Jestem pod wrażeniem. Wybudzenie poszło ci bardziej niż gładko. – odpowiedział spokojnym głosem, w którym można było usłyszeć ukrywaną ironię. Nie odwrócił się w Jej kierunku. – Nie jestem Aniołem. Ale wnioskuję, że zobaczyłaś, to co zobaczyć powinnaś.
- Ale… To byłeś ty…
- Nie twierdzę, że nie widziałaś tam mnie. Twój umysł spłatał ci figla. Wstawił moją twarz w miejsce twarzy… Anioła. Równie dobrze moje oblicze w twoim śnie mógł przybrać Bóg. Chyba nie uwierzyłabyś, że jestem Bogiem? – powiedział z wyraźnym rozbawieniem w głosie. W dalszym ciągu siedział odwrócony do Niej plecami, grzebiąc w ognisku długim patykiem.
- Dowiedziałaś się jednak istotnej rzeczy. Pierwsi Niszczyciele zostali wybrani spośród Aniołów. I Upadłych Aniołów. – w końcu odwrócił się do Niej i zaczął uważnie wpatrywać się w Jej twarz.
- Upadłych Aniołów?! – krzyknęła głośniej i ostrzej niż zamierzała. Nie mogła się powstrzymać. – Diabłów?! Bóg dopuścił do swoich tajemnic… Diabła?! Największego przeciwnika?
Niszczyciel skrzywił się i pokręcił powoli głową.
- Archaiczne, ludzkie podejście. Kiedy przyjdzie czas, dowiesz się na ten temat więcej. Na razie musi ci wystarczyć informacja, że Diabeł wcale nie był taki zły, jakim maluje go Kościół. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Bóg mógłby się od niego nauczyć kilku rzeczy. – skończył szeptem.
Stała osłupiała, nie wiedząc co odpowiedzieć. Bóg współpracujący z Szatanem? Nie mogła w to uwierzyć. Jak w ogóle mogłoby dojść do czegoś takiego? A jeśli to prawda, to ile jeszcze podobnych kłamstw rozpowszechnia na Ziemi Kościół? Ile w jego nauce jest prawdy?
A kim tak naprawdę jest jej towarzysz? Aniołem, jak w jej śnie? Nie, to też wydawało Jej się niemożliwe. On nie pasował do stereotypu Anioła. Chociaż… Może ten stereotyp też jest jedną wielką pomyłką? Zastanawiała się, jak ten Niszczyciel w ogóle ma na imę…?
- Możesz mi mówić Samuel. – powiedział nagle, a jego twarz przyozdobił znajomy, ironiczny uśmieszek.
Wpatrywała się w Niego, nie mogąc wykrztusić nawet słowa. Co to wszystko miało znaczyć?
Zaczęła się bać. Pierwszy raz od bardzo dawna…

—————————————

Takie tam… Zaczęte jeszcze w marcu, skończone przed chwilą. I do tego nienajlepszej jakości…
Cóż, może z następnego tekstu będę bardziej zadowolony.

Children of the Night

Posted in suchopisanie on 22 marzec, 2008 by SUCHY

Podążał spiesznie do jedynego w miarę bezpiecznego miejsca w tej obskurnej okolicy – gospody. Jej właściciel pilnował porządku, nie chciał żadnych rozrób w swoim przybytku. Oto i ona! Otworzył drzwi i zanurzył się w powietrze gęste od duszącego fajkowego dymu.
- Kopę lat, Aru! Dawnom cię tu nie widział! – odezwał się do niego stojący za ladą postawny mężczyzna.
- Witaj, Erranie. Dobrze, że mnie nie zapomniałeś, bo zamierzam się dzisiaj zabawić. – roześmiał się i ruszył w stronę baru. – Na początek nalej mi kielich wina.
- Się robi!
Pierwszy kielich szybko został wysuszony. Tak samo drugi i trzeci. Humor zdecydowanie się poprawił. Aru, który zawsze podchodził do życia beztrosko, a zabawa była dla niego najwyższą koniecznością i tym razem nie marnował czasu. Nowi znajomi, tak łatwo zdobywani dzięki stawianym jedna po drugiej kolejkom trunku, zapewniali dobrą rozrywkę. A w szczególności ZNAJOME. Tak, Aru miał słabość do pięknych kobiet. A i on nie był im obojętny. Niezależnie od rasy, Aru wzbudzał zainteresowanie we wszystkich przedstawicielkach płci przeciwnej.
Tak było i dzisiejszej nocy. Od początku zauważył, że przygląda mu się siedząca samotnie kobieta. W istocie była śliczna. Długie, kasztanowe, falowane włosy opadały jej na ramiona. Patrzyła na niego zalotnie piwnymi oczami, przysłoniętymi długimi rzęsami. Kilka razy wydawało mu się, że przywołuje go do swojego stolika skinieniem dłoni. Kiedy roześmiane towarzystwo powoli zaczęło rozchodzić się do domów, Aru podszedł do niej.
- Witaj, piękna nieznajoma. – powiedział, bełkocząc po wypitym winie. Zdecydowanie nie był trzeźwy.
- Witaj, przystojny młodzieńcze. – uśmiechnęła się, odsłaniając idealnie białe zęby.
- Czy masz… może…
- Chodźmy. – przerwała mu, posyłając kolejny zalotny uśmiech.
Zaprowadziła go na górę, do małego pokoiku. Jego jedynym wyposażeniem była szafa, stolik, dwa krzesła i łóżko, na które kobieta go pchnęła. Zaczęła się rozbierać. Aru leżał oniemiały, podziwiając piękno jej ciała. Była idealna! Położyła się na nim i zdjęła mu koszulę, odrzucając ją na podłogę. Pochyliła się jak do pocałunku, masując jednocześnie jego plecy. Nagle poczuł, że jej paznokcie ryją mu ciało. Zobaczył nad sobą jej twarz wykrzywioną w grymasie. I ogromne kły, zamiast normalnych zębów. Zrozumiał w jednej chwili.
- W końcu! – zasyczała i wbiła się w jego szyję.
Zapadł w ciemność.
Obudził się rano, kiedy promienie słońca przebiły się przez brud szyby. Bolała go głowa i chciało mu się pić. Przede wszystkim jednak poczuł ogromny głód. Przypomniał sobie o tym, co stało się w nocy. O tym, co może oznaczać to, że jeszcze żyje. Odtrącił od siebie tę myśl i opuścił w pośpiechu gospodę. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Próbował ignorować ten dziwny głód, ale stawało się to coraz trudniejsze.

Nagle usłyszał kobiecy krzyk dochodzący z ciemnego zaułka. Szybko pobiegł w tamtym kierunku. Zobaczył dziewczynę otoczoną przez trzech śmiejących się zbirów z pałkami okutymi metalem w rękach. Wyciągnął swoje miecze i ruszył bezszelestnie do ataku. Pierwszy bandzior nawet nie poczuł, kiedy zginął. Drugi odwrócił się i próbował bronić. Aru ciął go w twarz. Kiedy zapach krwi dotarł do jego nozdrzy, wpadł w szał. Odrzucił miecze i ruszył na trzeciego, całkowicie osłupiałego rzezimieszka z gołymi rękoma. Złapał go w za ramiona, uniósł do góry i wgryzł się w jego szyję, obnażając długie kły. Nie zwracał uwagi na krzyki ofiary. Nie zwracał uwagi na nic. Myślał tylko o tym, żeby pić.
Oprzytomniał. Zobaczył bladego mężczyznę w swoich ramionach. Oblizał wargi i poczuł na nich krew. Rozejrzał się z przestrachem dookoła i zobaczył przerażoną kobietę, wciśniętą w kąt zaułka. Przyglądał się jej przez chwilę, po czym uciekł bez słowa. Jak najdalej. Jak najszybciej. Wiedział już, czemu żył. Czytał o nich sporo. Kobieta w gospodzie dała mu się napić swojej krwi. Nie zabiła go. Zrobiła z nim coś znacznie gorszego. Uczyniła go jednym z nich.
Jednym z Dzieci Nocy.

—————————————

Napisane dla kolegi, na potrzeby pewnej internetowej gry RPG. Jestem raczej średnio z tego zadowolony… Musiałem sie ograniczać, żeby nie było za długie i tak to wyszło. Pewnie byłoby ze dwa razy dłuższe, gdybym pisał po prostu dla siebie ;)
Ale cóż… Taki mały przerywnik. Pisało się całkiem przyjemnie. Możliwe, że niedługo pojawi się jeszcze jeden podobny tekst ;)

EDIT:
Ach… A przy okazji chciałem złożyć wszystkim odwiedzającym Pustynię najlepsze życzenia wielkanocne :) Niech święta miną Wam w radości i spokoju! Mokrego jajka i smacznego dyngusa! ;)

Don’t look to the eyes of the Stranger.

Posted in Ona, suchopisanie on 16 marzec, 2008 by SUCHY

Stała nad zimnym marmurem i wpatrywała się w leżący na nim kwiat. Krwiście czerwoną różę, w mistyczny niemal sposób kontrastującą z bielą nagrobka. Myślała. Ostatnio zauważyła, że pewne tematy najlepiej roztrząsa się Jej właśnie w tym miejscu, będąc tak blisko niego.
Myślała o Bogu. Czy istnieje? Kiedyś nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Jej wiara była głęboka i niezachwiana. Nawet kiedy on zachorował mówiła sobie, że tak musiało być. Że taki był Plan. Modliła się jeszcze żarliwiej, prosząc Go o pomoc i wsparcie.

Wtedy on zmarł. Cały Jej świat runął. System wartości legł w gruzach. Przyszłość pociemniała i okryła się mgłą. Wiara pozostała, będąc Jej oparciem i podporą, dzięki której udało Jej się przetrwać najgorsze momenty. Pojawiły się jednak pytania, kórych do tej pory nie zadawała. Dlaczego? Czy na pewno? A co jeśli? Pytania te pozostawały wciąż bez odpowiedzi. Zrozumiała, że kiedy pojawiają się wątpliwości, wiara powoli traci swoje znaczenie. Przestaje być czymś, co prowadzi człowieka przez życie. Staje się jedynie marnym dodatkiem, z którego łatwo zrezygnować.

- Boże… – szepnęła z wzrokiem wbitym w litery tworzące jego imię na nagrobku.
- Głupia. Czy nie wiesz, że Bóg dawno już umarł?
Poderwała gwałtownie głowę. Zobaczyła przed sobą Jego. Wysoki, długie włosy spięte w kucyk, czarna, skórzana kurtka. Ręce wbite w kieszenie ciemnych spodni. Uśmieszek igrający na wargach. Tak doskonale obojętny, a jednocześnie tak pełen ironii. Oczy… Zwierciadła naszej duszy… Czy jednak i Jego? Jego oczy były jak dwa głębokie jeziora, w których nie można dostrzec dna. Były zimne i wyzute z wszelkich emocji. Niczym oczy trupa. Patrząc w nie, miało się wrażenie, że można się w nich zanurzyć, aby już nigdy nie wypłynąć.
- K-Kim jesteś? – spytała, unikając jego wzroku.
- A czy to ważne? – wzruszył ramionami, nie wyjmując dłoni z kieszeni spodni. – Czy naprawdę to chciałaś wiedzieć?
- Nie, chyba nie… – odpowiedziała szeptem.
- Też tak myślę. Poza tym, ty wiesz kim jestem. Zawsze byłem blisko ciebie i wiedziałaś, że w końcu dojdzie do tego spotkania. Uznałem, że to jest odpowiedni moment.
- A-ale czemu? Czego ode mnie oczekujesz? Po co przyszedłeś?
- Dziewczyno, takich jak ja niektórzy nazywają Niszczycielami, Wzgardzicielami Dobra i Zła. Przychodzimy do tych, kórzy gotowi są na przyjęcie Wiedzy. Do Wybranych, kórzy w końcu dołączą do naszego grona.
- Ja-jakiej wiedzy?
- Wiedzy o Bogu. Bogu, który stworzył świat. Który stworzył człowieka na swoje podobieństwo i który oddał swojego Syna, żeby zbawić tego człowieka. Ten Bóg nie żyje.
- C-co…?!
- Tak mówi Słowo. Bóg zmarł. Wraz z Jego śmiercią odszedł również Szatan. Upadło Niebo i Piekło. Człowiek utracił swą nieśmiertelność.
- A-a-ale… O-on…
- Bóg przewidział swoją śmierć. Powołał wtedy pierwszych Niszczycieli, których wysłał na Ziemię, aby głosili Słowo. I szukali Wybranych, którzy będą mogli ich zastąpić. Mamy również inne zadanie. Wskazujemy ludziom nową drogą do nieśmiertelności, której tajemnicę przekazał nam Bóg.
- Co to za droga…?
- Odrzucenie wiary. Odrzucenie samego siebie. Ci, którzy zrozumieją, że Bóg odszedł będą musieli na nowo się zdefiniować. Zacząć swoje życie od zera jako nowa istota. Człowiek jest jedynie pomostem, jak głosi Słowo. Pomostem wiodącym do Nadczłowieka. Nadludźmi są wszyscy Niszczyciele. O krok od Nadczłowieka są Wybrani, w tym także i ty.
- J-ja…? Ale… Ale jak to możliwe…?
Obcy ponownie wzruszył ramionami.
- Tak zostało powiedziane. Nie możesz tego w żaden sposób zmienić. Nadczłowiek jest istotą doskonałą, jaką i ty się staniesz, kiedy za mną podążysz. Nie masz wyboru. Musisz iść za mną, a w końcu zrozumiesz. Pojmiesz Słowo i sama będziesz je głosić. Staniesz się nieśmiertelna.

Miała chaos w głowie. Chciała uciec gdzieś, gdzie nikt nie mógłby Jej znaleźć. Gdzie panowałaby niczym niezmącona cisza. Wiedziała jednak, że jest to niemożliwe. Musiała dokonać wyboru. Nie. Właściwie z Jego słów wynikało, że nie miała wyboru. Musiała przyjąć to, co Jej powiedział. Odrzucić to, w co do tej pory wierzyła i zacząć nowe życie jako Nadczłowiek. Ale…
- Chodź ze mną, a odnajdziesz siebie. – powiedział cicho, niemal delikatnie. Odwrócił się i ruszył powoli między grobami.
Spojrzała jeszcze raz na czerwoną różę, kontrastującą z bielą nagrobka. Żadnych więcej pytań. Wiara pełna wątpliwości i tak nie ma sensu.
Westchnęła i poszła za Nim. Szukać Siebie.

—————————————

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Ten tekst nie jest w żadnym stopniu ukazaniem mojej wiary. Ba, ja nawet nie zgadzam się z takim wizerunkiem Boga, jaki tu przedstawiłem. Po co więc to napisałem? Bo uznałem, że jest to ciekawy pomysł na takie mini-opowiadanie. I jako na całkowicie fikcyjne opowiadanie proszę na to patrzeć…
A sam tekst. Cóż, mocno inspirowany Nietzschem, chociaż on sam pewnie by się w grobie przewracał, gdyby wiedział, w jaki sposób wykorzystałem motywy z “Tako rzecze Zaratustra” ;) Poza tym znowu Ona. Tym razem jednak w innej konwencji niż dotychczas. Jedno się nie zmieniło – i tutaj jest o Niej coś nowego. Czas pokaże, jak będzie wyglądał następny tekst z Nią w roli głównej.
I na koniec powtarzam raz jeszcze. To opowiadanko NIE JEST manifestacją mojej wiary…

Missing one inside of me

Posted in Ona, suchopisanie on 6 marzec, 2008 by SUCHY

Stała pośród lasu marmurowych pomników. Niewiele znaczący fragment układanki zwanej Życiem, niemogący zakłócić wiecznego spokoju tego miejsca. Mały trybik w nieustannie obracającym się mechanizmie Wielkiego Planu.
Wyglądała inaczej. Zmieniła się znacznie od czasów odwiedzin w szpitalu. Postarzała się? A może dojrzała? Nie miała już długich, siegających ramion blond włosów. Zastąpiły je krótkie, kruczoczarne, sterczące na wszystkie strony kosmyki. Który kolor był prawdziwy, niefarbowany? A może żaden?
Nie zaczęła się malować, chwała bogom. Wciąż wyglądała cudownie naturalnie ze swoimi pełnymi, malinowymi ustami i dużymi, błekitnymi oczami ukrytymi za zasłoną długich rzęs.

Oczy… Zwierciadła naszej duszy… Gdyby zajrzeć w Jej oczy można by w nich znaleźć całą gamę różnych emocji. Były to jednak uczucia całkowicie odmienne od tych, które można było zobaczyć kiedy spoglądała dawniej na niego. Tym razem wprawny obserwator dostrzegłby pewność siebie, zawziętość, nieustępliwość. A także, dobrze zakamuflowaną i ukrytą, samotność…
Poruszyła się. Zimny wiatr nadawał jej policzkom czerwonego koloru, rozwiewał poły czarnego skórzanego płaszcza sięgającego kostek, tak niepodobnego do Niej z przeszłości. Rozejrzała się dookoła, ogarniając wzrokiem krzyże, wyrastające gęsto z zamarzniętej ziemi. Metalowe, marmurowe, drewniane. Proste, zwyczajne, ale i te bogato zdobione. Westchnęła. Nie lubiła cmentarzy. Ponadczasowe centra nieogarnionego smutku i rozpaczy. Miejsca zgubnego kultu śmierci.

Spojrzała w dół. Na jedyny grób, jaki ją interesował. Jedyny, jaki kiedykolwiek odwiedzała. Jego grób. Zmarł ponad rok temu. Śmierć nie zabrała go jednak tamtego maja, jak przypuszczał, że się stanie. Dzięki Niej przeżył jeszcze pięć miesięcy. Jej upór sprawił, że był to czas niezwykle szczęśliwy. Chociaż była na nią przygotowana, jego śmierć okazała się dla Niej wielkim wstrząsem. Wpłynęła na Nią tak samo mocno, jak Ona wpływała na jego życie przez te kilka ostatnich miesięcy. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy zmieniła się na lepsze, czy na gorsze. Z pewnością była teraz kimś innym. Powaga wyparła beztroskę, upór zastąpił swoistą lekkomyślność. Nie śmiała się już tak często jak dawniej. Nie cieszyła się z błahych powodów. Częściej wpadała w zadumę, a każdy swój krok dokładnie analizowała.

A wreszcie – była sama. Nie czuła się opuszczona. Wciąż otaczali Ją przyjaciele, którzy wspierali Ją w najtrudniejszych chwilach. Ale jednak była samotna. Czuła się odizolowana. Miała wrażenie, że stoi gdzieś z boku i tylko przygląda się nieustannej krzątaninie Życia. Tłumaczyła się sama przed sobą, że czeka. Na co? Tego nie potrafiła powiedzieć. Wiedziała jednak, że musi czekać, nawet jeśli miałoby to trwać wiecznie. Miała jednocześnie świadomość, że to co robi nie prowadzi do niczego. Chciała to zmienić, ale… Ale nie potrafiła. Przywykła do takiego życia.
Może kiedyś… Spuściła głowę i spojrzała na samotną czerwoną różę leżącą na jego grobie.

—————————————

Napisane pod wpływem chwili. Zdenerwowałem się lekko i podarłem to, co pisałem wcześniej. Zacząłem od nowa i powstało to.
Ona ponownie na Pustyni. I z pewnością pojawi się znowu. Może nawet już niedługo.
Kim jest Ona? Dobre pytanie. Sam zaczynam się nad tym zastanawiać…
By the way. Motto na mijający tydzień: “Cierpienie uszlachetnia.”

Koniec smęcenia na dzisiaj… Wierszyk na do widzenia.
Stoi smutna łania przy jelenia grobie.
Nie chcę was wyganiać, ale idźcie sobie ;)

The Space Between…

Posted in suchopisanie on 14 luty, 2008 by SUCHY

Pomiędzy

Za dziesięć szósta
Targany uczuciem chodzę
po mieszkaniu pełnym niemego wołania
Mijam dwa ciemne lampiony
czując ich wzrok oskarżycielski na sobie
Prawda to czy ułuda?
Sofa – milczący świadek początku
i końca
Przymykam oczy, pochylam głowę i idę
Lustro – pełna tajemnic srebrna głębina
Otwieram oczy, patrzę z nadzieję
i…

Stoję oniemiały, smagany wiatrem zdradliwym
Balkon
Podchodzę do barierki i chłonę
Chłonę świat pogrążony w swej porannej
krzątaninie
Wychylam się bardziej, spoglądam w dół -
kamienie
Szare, zimne głazy wokoło
Lecę
Coraz bliżej mam do nich
Nagle – przebłysk
Źrenice szerokie ze strachu
Kamienie – to ludzie
Ich serca stwardniałe
Wiatr włosy rozwiewa po raz ostatni
Koniec – i nic już nie widzę
Tylko ciemność mnie woła…

Za pięć siódma
Budzę się, morze dokoła
Ja sam na łodzi, zimny powiew na twarzy
Pustka
I tylko miłość w mym sercu
jak kropla goryczy
I tylko łza po policzku spływa
samotna.

—————————————

Grafomańska próba napisania wiersza, bez ładu i składu. Jak wspomniałem pochodzi sprzed jakichś trzech lat. Byłem wtedy młodszy i głupszy(?), więc porywałem się jeszcze na takie rzeczy. Nie oceniajcie więc zbyt surowo ;)
Kilka drobnych poprawek, dodany tytuł, którego najwyraźniej wtedy nie mogłem wymyślić i oto jest. Kolejny kicz na Pustyni.
Dedykuję go w ten walentynkowy dzień… Hmm… Wszystkim samotnikom ;)

Do następnego! Pomysł na wpis już jest.

The truth is out there.

Posted in suchorefleksje on 9 luty, 2008 by SUCHY

Na początek cytat, podsunięty mi przez pewnego Elfa (którego pozdrawiam, a co! :p). Cytat, który spodobał mi się bardzo i na bazie którego postanowiłem napisać kolejny tekst na Pustyni. Oto i on:

“Mowa służy do kłamania. Tylko socjologowie i psychiatrzy wierzą w to, że powołana jest do głoszenia prawdy. Człowiek mówiąc, stara się zbudować swój obraz w sobie samym i w drugim człowieku. Ten obraz prawie zawsze jest kłamliwy. (…) Samookłamywanie się jest kluczem do miejsca, gdzie jest jeden z głównych zamków.”

Marek Miller “Reporterów sposób na życie”

[dopisek po napisaniu całego tekstu: Cóż... Wpis ma się raczej średnio do tego cytatu. Widać jego rolą było skłonienie mnie do napisania tekstu nie o nim, ale na inny temat ;) ]

Mowa… Jedna z tych rzeczy, które odróżniają nas od zwierząt. Cecha gatunkowa homo sapiens. Obok zdolności do logicznego myślenia to ona zadecydowała chyba o dominacji człowieka nad światem. Od zawsze towarzyszy ludziom w ich wędrówce poprzez epoki i ery. Nierozerwalnie łączy się ze wszystkim, co robimy. Bez niej niemożliwe byłoby istnienie i funkcjonowanie społeczeństwa.

W jaki sposób korzystamy z tego wielkiego daru? Czy faktycznie służy nam jedynie do kłamania?
Żeby to wyjaśnić, musimy najpierw odpowiedzieć na inne, głębsze pytanie. Czym jest prawda, a czym kłamstwo?
Właśnie. Czym tak naprawdę jest prawda? Od czego zależy uznanie danej rzeczy za prawdziwą? Czy decyduje o tym cżłowiek, grupa ludzi, ’siła wyższa’? Weźmy więc przykład. Dla katolika prawdą jest Bóg. Dla ateisty takie stwierdzenie byłoby nie do przyjęcia, jako nieprawda. Muzułmanim natomiast uznałby ich obydwu za kłamców… Kto w takim razie decyduje o tym, co jest prawdziwe? To proste. Ten, kto ma władzę. Kto jest w większości. Kto wywiera wpływ i nacisk.
A czy prawda zależy od czasu? Czy zmienia się i ewoluuje wraz z jego biegiem? Mogłoby się wydawać, że nie powinna. Prawda jest pozornie jedną z tych rzeczy, które zawsze pozostają niezmienne. Jednak weźmy kolejny przykład. W starożytności, ba, nawet jeszcze w średniowieczu, ludzie wierzyli, że Ziemia jest płaska. To było dla nich prawdą i poglądy, według których nasza planeta jest kulą, uważane były za bzdury i kłamstwa.
Z czasem jednak zmieniło się to. Dzisiaj wiemy, że Ziemia ma kształt zbliżony do kuli, jest geoidą. Prawda zmieniła się więc pod wpływem czasu i odkryć kolejnych naukowców.
Czym więc w takim razie jest prawda? Zazwyczaj uznajemy ją za coś, czego podważyć nie można i co zawsze jest stałe i niezależne od “zewnętrznych” czynników.
Czy jednak prawda nie jest w istocie jedynie interpretacją otaczającej nas rzeczywistości dokonaną przez postać uznawaną w danym czasie za autorytet czy też grupę ludzi, mających wystarczający wpływ na świat? A co za tym idzie – czy to, co uznajemy za prawdę nie jest jedynie kłamstwem, które akurat zostało wyniesione do rangi… prawdy?
Bzdura? Chyba faktycznie tak. Ale jeśli się nad tym dłużej zastanowić…
Takie spojrzenie na tę sprawę do niczego by jednak nie prowadziło. A właściwie prowadziłoby – do destrukcji. Moim zdaniem prawda zawsze jest “gdzieś tam”. Czasami ukryta, czasami daleka, czasami źle pojmowana, ale zawsze gdzieś tkwi i w końcu zostanie odkryta.

Wróćmy jednak do tematu. Czy mowa rzeczywiście służy do kłamania? Sporo myślałem o cytacie, który przytoczyłem we wstępie i na początku zgadzałem się z nim bezkrytycznie. Z czasem jednak miałem coraz więcej wątpliwości, a w tej chwili jestem do niego nastawiony bardzo sceptycznie.
Jakkolwiek kłamstwo zawsze pociąga bardziej od prawdy, nie prowadzi zazwyczaj daleko. Gdyby świat budowany był na obłudzie i zakłamaniu nie przetrwałby długo. Im wyżej kłamstwo nas wyniesie, tym z większym hukiem spadniemy na samo dno.
“Człowiek mówiąc, stara się zbudować swój obraz w sobie samym i w drugim człowieku. Ten obraz prawie zawsze jest kłamliwy.” Z tym stwierdzeniem jestem skłonny się szybciej zgodzić. Zawsze staramy się pokazać drugiej osobie swoje najlepsze strony. Czasami chcemy pokazać się komuś w taki sposób, jaki sądzimy, że druga osoba chciałaby nas zobaczyć. Często zapominamy przy tym, kim jesteśmy naprawdę. Zatracamy się w udawanej pozie, brnąc cały czas w dalsze kłamstwa. Zbudowany w ten sposób obraz nigdy nie będzie prawdziwy. Faktem jest, że w takiej sytuacji nie ma zwycięzców. Człowiek, udający kogoś innego niż w rzeczywistości jest, zawsze będzie czuł się nieszczęśliwy i zagubiony.

Być sobą.

Prawda, niezależnie od tego, jak bardzo ciężka do zniesienia, jest zawsze lepsza od kłamstwa.

—————————————

Na Walentynki będzie coś specjalnego. Coś, co znalazłem kilka dni temu w wygrzebanym z dna szuflady zeszycie. Jeśli dobrze pamiętam, pisałem w nim jakieś 3 lata, kiedy również naszła mnie chęć “tworzenia”. Miło było sobie to przypomnieć ;)
Teraz wracam do łóżka. Gorączka, ból głowy i ledwo mogę mówić. A do poniedziałku przydałoby się wykurować…
PS. W chwili obecnej jestem pod ogromnym wrażeniem ostatniego rozdziału Harrego Pottera. Negatywnym wrażeniem. Jak można było w taki sposób okaleczyć dobrą książkę?!

Die, mouse, die!

Posted in suchopisanie, suchy on 30 styczeń, 2008 by SUCHY

Tup, tup, tup, tup, tup, tup, tup
Szur, szur, szur
Tup, tup, tup, tup, tup, tup, tup, TUP, TUP

Spał. A właściwie robił to jeszcze pięć minut wcześniej. W tej chwili leżał na plecach i wpatrywał się w ciemności w sufit. Z każdą minutą coraz bardziej zirytowany. Że też akurat tej nocy, kiedy chciał się porządnie wyspać. Zerknął na zegarek. 4:30.
Tup, tup, tup.
Zamknął oczy, próbując się uspokoić. Nie myśleć o tym. Całkowicie zignorować. Przecież wcale nic nie słyszysz, prawda?
TUP, TUP, TUP.
SKRRROOB!

Szybkim ruchem ręki sięgnął do włącznika lampki. Pyk! Spalona żarówka. Cudownie. Opadł na poduszkę. Nie, to niemożliwe. Fatum? Niefortunny zbieg okoliczności? Bez znaczenia. W każdym bądź razie wszystko zdawało się działać przeciwko niemu.
Leżał na łóżku przez kilka minut. Cisza. Czyżby jednak…? Z zadowoleniem przewrócił się na bok i zamknął powieki, szykując się do zaśnięcia. Może jeszcze uda się załapać dwie godzi…
Tup, tup, tup, tup, skrob, tup, tup.
Nie wytrzymał. Zerwał się na równe nogi i zaczął hałasować pod łóżkiem znajdującymi się tam książkami, reklamówkami i innymi przedmiotami. Starał się mimo wszystko być w miarę cicho, żeby nie obudzić całej rodziny. Narobił niezłego bałaganu i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wrócił pod ciepłą kołdrę. Po kilku minutach nasłuchiwania zapadł w płytki sen.
Tup, tup, szur, szur, tup, tup, tup.
Westchnął kompletnie zrezygnowany. Nie miał już siły ani miotać się ze złością ani wymyślić coś bardziej konstruktywnego. Wiedział, że w szafce w przedpokoju jest gdzieś pułapka, ale o tej porze nie chciało mu się jej szukać. Ani ustawiać, gdyby już ją znalazł.
Postanowił zignorować te tupania, szurania i chroboty i spróbować mimo wszystko zasnąć. Westchnął ponownie i przyłożył policzek do poduszki.
Tup, tup, tup, skrob, skrob, skrob, skrob, skrob…
Zasnął. Zapadł w sen pełen wielkich czerwonych oczu, krążących wszędzie kawałków sera i zatrzaskujących się ogromnych pułapek… Nie, nie! To już fikcja literacka! A skoro mamy się trzymać faktów, to, jak prawie zawsze, nie śniło mu się nic.

6:25. Pobudka. Nie było źle. Myślał, że w związku z nocną przygodą po przebudzeniu będzie nieprzytomny, ale całe szczęście mylił się. Był nieprzytomny w takim samym stopniu jak zawsze o 6:25.
Po wstaniu z łóżka jego bystry wzrok od razu zauważył, że coś jest nie tak. Dywan na pewnej przestrzeni cały obsypany był skrawkami sreberka. Takiego, jakim owija się…
Jego oczy rozszerzyły się, a usta ściągnęły. Drżącą dłonią sięgnął po coś, co leżało na niskiej półeczce u wezgłowia łóżka.
O nie! O nie, o nie, o nie, o nie!
Mógłby zapomnieć temu gryzoniowi, że wybrał akurat jego pokój do nocnych eskapad.
Mógłby wybaczyć, że obudził go o 4. nad ranem.
Ale TEGO nie puści w niepamięć! O nie! Ta wredna mysz podgryzła jego ostatnią czekoladę! Ulubioną, kokosową, którą specjalnie zostawił sobie na koniec! Czekoladę, za którą tydzień wcześniej przelał prawie pół litra krwi!
W tej chwili na wszystkie myszy przebywające w tym domu został wydany wyrok śmierci. Gdyby tylko one mogły się o tym dowiedzieć, gdyby popatrzyły w jego oczy w tej właśnie chwili, z pewnością uciekłyby najdalej jak tylko by mogły. Albo popełniły zbiorowe samobójstwo.
Uśmiechnął się paskudnie. Tak, opanowała go żądza zemsty. Vendetta. Nikt nie będzie bezkarnie nadgryzał czegoś, co należy do niego.
Mogło to oznaczać tylko jedno.
Wojnę!

—————————————

Taki humorystyczny raczej tekst ;) Oczywiście opisana sytuacja jest jak najbardziej prawdziwa i przytrafiła mi się dzisiaj w nocy. No, może poza tą “żądzą zemsty”. Niemniej, pani mysza zdenerwowała mnie nieźle i nie odpuszczę jej na pewno.
Ostatnia czekolada… *mruczy pod nosem*
Wpis dodany, wracam do trygonometrii ;)
Dobranoc!

PS. W weekend mam zamiar uskutecznić akcję dokładnego przejrzenia starych archiwów gg. Odświeży się trochę wspomnienia :)
PS2. Pisałem już, że późna poraz sprzyja wszelkiego rodzaju postanowieniom? Właśnie. Zapuszczam włosy ;)

Explanation, information

Posted in suchoinfo, suchy on 27 styczeń, 2008 by SUCHY

OK. Kilka słów od prowadzącego.

Jako, że napisały do mnie dzisiaj dwie osoby (z anonimowych, najwyraźniej jedynie do tego celu założonych numerów gg – sic!) z pytaniem, czemu pierwszy i ten dzisiejszy wpis są w trzeciej osobie, a nie pierwszej, jak wskazywałaby na to ich treść, postanowiłem wyjaśnić to tutaj raz, a dokładnie.

Nie, nie wstydzę się tego, że piszę o sobie.
Nie, nie boję się, że ktoś domyśli się, że to o mnie. (Cóż za absurd, tego domyśliłby się chyba nawet średnio rozgarnięty przedszkolak.)
Nie, nie próbuję uciekać od rzeczywistości. (Robi się coraz ciekawiej…)
Nie, nie chcę również zamykać się we własnym świecie i tworzyć sobie swojego wymarzonego wizerunku. (Co sugerował mi jeden z tych anonimów. Nie wiem, co to za psycholog od siedmiu boleści.)

Dlatego piszę teraz wszem wobec. Tak, teksty typu tego, który ukazał się dzisiaj będą najprawdopodobniej o mnie. Nie zawsze, ale będzie można to poznać. Nie mówię też, że zawsze będę pisał w trzeciej osobie.
Dlaczego więc te wpisy mają taką formę? Bo tak mi się podobało. I właściwie takie wytłumaczenie powinno wystarczyć. Ale napiszę jeszcze, że według mnie trzecioosobowa relacja sprawiła, że są ciekawsze do czytania. A myślę, że i tak wszyscy wiedzieli, że piszę o sobie. Może to jedynie moje wrażenie, ale to mój notatnik (dzięki, White! ;) ) i ja będę decydował, co i w jaki sposób będzie tu opisywane.

W tej kwestii tyle. I nie zamierzam do niej wracać.
Poza tym, jak widać po dwóch ostatnich wpisach, zmieniła mi się nieco koncepcja na Pustynię. Muszę przyznać, że pisanie tych tekstów sprawiło mi dużo wiekszą przyjemność niż tworzenie trzech poprzednich. (Chociaż trudno stwierdzić, żebym ostatni tekst pisał pod wpływem radości…) Dlatego możecie się spodziewać, że będzie tu zdecydowanie więcej właśnie takich wpisów. Będą więc to teksty całkowicie “ode mnie”. Mam nadzieję, że mimo to (a może dzięki temu?) będziecie tu dalej zaglądać. Nie zmieni się jedno – tytuły będą po angielsku. Takie moje dziwactwo ;)

Cóż… Wyjaśniłem jedną rzecz, poinformowałem o drugiej. Trzeba przejrzeć zeszyty, spakować się i niedługo iść spać. (Dzisiaj w końcu położyłem się o szóstej rano, więc należy mi się trochę snu ;) ) A od jutra – powrót do szkolnej rzeczywistości. Miejmy nadzieję, że powrót udany.

The longest journey…

Posted in suchopisanie, suchy on 27 styczeń, 2008 by SUCHY

Wspinał się. Błoto czepiało się nieznośnie butów. A może i spodni. Nie zważał na to. Będzie się martwił w poniedziałek, kiedy trzeba będzie szykować się do szkoły. W tej chwili nie miało to dla niego dużego znaczenia. Jak długo jeszcze? Wydawało mu się, że zdobywa Mont Blanc. Spojrzał w górę. Już niedaleko. Kilka kroków. Alejka z kwadratowych płytek. Nieświadomie tupnął kilka razy nogami. Grudki ziemi znaczyły jego ślady.
Ręce wbite w kieszenie kurtki i spuszczona głowa. Uszy i policzki czerwone od wiatru. Kaptur spoczywa na plecach, czapka w wewnętrznej kieszeni kurtki. Nie lubi zakrywać głowy. Nawet w zimie. Na przekór? Może. Po prawej stronie kościół. Dwie wychodzące z niego osoby. Wierni, którzy postanowili poprosić Boga o pomoc. Porozmawiać z Nim. Pocieszyć się. “A gdyby…” Nie! Szybko odrzucił od siebie tę bezsensowną myśl.
Szedł dalej. Nieobecny, zamyślony. Grupka wyrostków na schodach przedszkola. Zarejestrował głośny śmiech. Śmiali się z niego? Nie, chyba nie. Przekleństwa, alkohol. Na swój sposób, prymitywnie, cieszą się swoją obecnością.
Zobaczył przed sobą budynek szkoły, oświetlony stojącymi dookoła niego lampami. Dawno opuścił już jej mury. Nagle podskoczył zaskoczony. Coś przebiegło mu drogę. Odetchnął z ulgą. Kot. Bury kot. Spojrzał na niego jarzącymi się w ciemnościach ślepiami i zniknął w krzakach.
Szedł dalej. Coraz więcej myśli w głowie. “To ty?!” Usłyszał głos za plecami. Odwrócił się. Kolega. Dawno niewidziany. Uścisk dłoni, wymuszony uśmiech. Beztroska pozornie rozmowa. Co u ciebie? Jak leci? Gdzie się uczysz? Byle szybciej. Byle go spławić.
Wreszcie się udało. Z pewnością nie ma teraz ochoty na rozmowę z dawno niewidzianymi kumplami. Wzrok wbity w ziemię. Nagle ogarnęła go ciemność. Co się stało? Rozejrzał się dookoła. Lampa. Zgasła w chwili, kiedy pod nią przechodził. Przypadek? Nie wierzy w przypadki. Znak? Od kogo niby?
Doszedł do swojego bloku. Paskudny fiolet ściany nawet w ciemnościach bił po oczach. Wygląda spokojnie. Zbyt spokojnie. Może powinien choć raz zareagować bardziej żywiołowo? Może dzisiaj…?
Przeczesał kieszenie w poszukiwaniu klucza. Po świetle w oknie poznał, że ktoś jest w domu, ale nie miał ochoty na rozmowę z nikim z rodziny. Wszedł do klatki. Kolejne zaskoczenie. Kot na schodach. Po wstążeczce pod szyją poznał, że to zwierzak sąsiadów. Jak on się nazywał…? A czy ma to znaczenie? Kot miauknął przeciągle i utkwił w nim spojrzenie swoich zielonych oczu. Wzdrygnął się lekko i ruszył pod górę. Drzwi otwarte, jak zawsze. “To ty?” Dziewczęcy głos z salonu. Zabawne, słyszy to drugi raz w przeciągu pół godziny. “A kto inny…” Mruknął i zaszył się w swoim pokoju. Położył się na łóżku. Dobra książka i dobra muzyka w słuchawkach. Maksymalna głośność. Stary blues. Głównie B.B. King. Książka po chwili ląduje jednak na podłodze. Nie jest się w stanie na niej skupić. Leży z rękoma pod głową i wsłuchuje się w spokojny rytm muzyki, rozmyślając. Nie ma ochoty włączać komputera. Jeszcze nie. Może za godzinkę, dwie, trzy… Sięga po tabliczkę czekolady. Zostały jeszcze cztery z poniedziałku. Czekolada w niewyjaśniony sposób zawsze poprawia humor…
Może lepiej pójść spać? Tak podpowiada rozsądek. Ale nie. Sen dzisiaj nie dla niego. Będzie czuwał. Na przekór? Może…
Będzie czuwał i zastanawiał się nad tym, co niedawno usłyszał. Czy jednak wymyśli coś nowego? Nie, dalej będzie czuł to samo. Niezmiennie. I zawsze. Nic ani nikt nie mógłby go od tego odwieźć. Nie potrafiłby się zmienić w tym względzie. Ani nie chciałby. Musiałby zabić jakąś cząstkę samego siebie, aby to zrobić.
Będzie czuwał…

—————————————

Taak…
Z podrowieniami dla Kropki. Myślę, że powinno Ci się spodobać.

Na koniec fragment piosenki Richarda Marxa “Right Here Waiting”.
“Wherever you go
Whatever you do
I will be right here waiting for you
Whatever it takes
Or how my heart breaks
I will be right here waiting for you”

Z dedykacją. Dla osoby, która będzie wiedziała, że to dla Niej…